and everything i'm dying to tell you is everything i wish you'd say

DEAD ALREADY.

niedziela, 28.listopada.2010, 21:37
Bawimy się dobrze, ale potem Sash zaczyna się mną męczyć. Widzę to i nie jestem zła, ba, świetnie ją rozumiem. Nie sądzę, że polubiłabym Alabamę White gdybym kiedyś ją spotkała. To po prostu taki prosty mechanizm, który steruje moim życiem – jestem świetna, fantastyczna, fa-scy-nu-ją-ca na odległość albo na piśmie albo na zdjęciach albo chociażby w pamięci. Dobrze i łatwo się mnie kocha przez telefon. Ale wystarczy spędzić ze mną trochę więcej czasu, patrząc na mnie i czując ciepło mojego ciała. Wszyscy się nudzą i męczą. No, może wszyscy oprócz mojej matki. Ale cała reszta próbuje się odsunąć na tyle na ile jest to możliwe, robią się sztywni i zakłopotani, bo wiedzą, że to nie wypada, a jednak już nie mogą. Osacza ich moje zmęczenie i choroba, która mam w oczach, a mam w oczach tyle choroby, że mogłabym nią zabijać. Po każdej wódce, po każdym żarcie, po każdym wybuchu donośnego śmiechu przychodzi moment w którym przypominają sobie, że nie jestem normalna. Że brałam leki, że siedziałam w szpitalu psychiatrycznym. Że robię sobie czasem krzywdę i że daje mi to spokój. Napełnia ich to niepokojem, bo przecież przy nich samych wyglądam tak normalnie, a coś się we mnie kryje. W tych oczach, niby takich przeciętnych, po prostu brązowych. Czują się dziwnie, bo wiedzą, że nie jestem zupełnie w porządku w stosunku do samej siebie, ale nigdy mnie nie widzieli podczas ataku, nie unieruchamiali moich rąk kiedy miałam napad lęku i chciałam zdrapać sobie twarz.
Pewnie dlatego moja matka jest jedyną osobą, która się mnie nie boi. Bo ona widziała to wszystko i wie, że stać mnie na naprawdę wiele. Bo niejedną noc przesiedziała przy moim łóżku zastanawiając się, czy odgryzę sobie język i umrę niezauważenie. Bo przetrwała to wszystko razem ze mną i wie, że każdy atak mija, a każdy krzyk cichnie. Że nie jestem potworem. Zazwyczaj.
Odwożę Sash do domu i wracam do siebie. Myślę o Jamesie przed zaśnięciem. O tym jak siedzi w jakimś pięknym apartamencie w Nowym Jorku albo je kolację z Najważniejszymi Prezesami Świata i uśmiecha się do ślicznej bizneswoman siedzącej stolik dalej. Te myśli uspokajają mnie i pozwalają mi zasnąć, świadomość, że może jest teraz szczęśliwy i wolny od trosk. Że może pieniądze dają mu to, czego ja nie mam.
Bo wygląda na dość szczęśliwego, prawda? Jest zmartwiony ojcem i tym wszystkim, wydaje się dość wypalony, jakby ktoś zabrał mu marzenia. Ale oprócz tego wydaje się być całkiem zdrowy. Normalny. Bez zaburzeń.

Clare podjechała za dom i wciągnęła mnie tylnim wejściem. Upadłem na schodach i z jej pomocą wczołgałem się na górę. Położyła mnie w swoim łóżku, przyniosła lód. Była trzecia w nocy.
Moja siostra zawsze interesowała się medycyną. Gdybyśmy urodzili się w Nowym Jorku albo LA, gdybyśmy urodzili się chociaż w Phoenix albo innym Detroit pewnie zostałaby zdolną lekarką i zszywałaby rany, wyciągała kule, ratowała kolejne żywoty. Zakleiła moją brew, która jej zdaniem nie była na tyle rozcięta by wzywać lekarza, dała mi wódki i przemyła otarcia.
„Clare, ja umieram, obudź ojca, ja umieram” powtarzałem raz za razem a potem zasnąłem.
Obudziłem się o piętnastej, ojciec siedział na brzegu łóżka, matki w ogóle nie było w tym czasie w domu bo pojechała – zgodnie z wersją oficjalną – do sanatorium (tak naprawdę spędziła sześć, przepełnionych seksem i programami paranaukowymi lecącymi akurat na Discovery, dni w towarzystwie swojego kochanka w tanim motelu pięćdziesiąt sześć kilometrów od Vegi) i palił fajkę, Clare stała przy oknie z kubkiem kawy w dłoni.
- Tato – powiedziałem i spróbowałem się poruszyć, ale tylko syknąłem z bólu i zastygłem, patrząc na niego błagalnie. Musiałem być nieprzytomny, kiedy Clare obwiązała mnie całego bandażem. – Trzeba to zgłosić na policję.
- Co? – spytał ojciec, ale widziałem w jego oczach, a jeszcze bardziej w oczach Clare, że świetnie wiedzą o co mi chodzi.
- Musimy – ból dopiero do mnie docierał i stawał się coraz silniejszy, każda komórka mojego ciała była nim wypełniona po brzegi. – To zgłosić. Gordonów i… i Dannyego Coxa.
- James, synu – powiedział wtedy ojciec i nachylił się nade mną, a potem wziął moją twarz w dłonie i zajrzał mi głęboko w oczy. Wiedziałem, że to jest ta chwila, w której usłyszę w jego słowach jak bardzo mnie kocha i jak bardzo jest przerażony. Wiedziałem, że powie, że policja już do nas jedzie, że złożę zeznania, a jeśli to nic nie pomoże, to sam weźmie zabytkową wiatrówkę po dziadku Tomie i wystrzela tych skurwysynów jednego po drugim, nie oszczędzi żadnego i przyniesie mi ich pierdolone klamry od pasków – Przecież nic się nie stało, prawda? Rozumiesz, tak? – spytał, jeszcze dobitniej – Rozumiesz? Wczoraj nic nie miało miejsca. Masz anginę, chłopcze. Wyjdziesz z domu jak wyzdrowiejesz.
Clare spuściła wzrok.

Zawsze taka byłam. Po prostu. Szybko się angażuję, chociaż nigdy nie daję po sobie tego poznać. Dobra, w zasadzie daję. Od razu się zdradzam; tęsknymi spojrzeniami, westchnieniami, uśmiechami. Ale nigdy nic z tym nie robię, po prostu nie jestem typem dziewczyny, która podejdzie do faceta i powie mu wprost: hej, chodźmy to kibla to ci obciągnę. Albo: hej, chodźmy na drinka, bo obciągam dopiero na drugiej randce.
Tylko dalej powłóczę nogami i wzdycham.
A teraz znowu się pakuję. Biorę więcej rzeczy i wrzucam wszystko na tylne siedzenie. Mama obiecuje, że odwiedzi mnie w weekend. Jadę do Vegi jak na obóz harcerski. Obóz harcerski dla wariatów, dla odmieńców i kretynów. Tylko tacy dają się namówić na podróż w to przeklęte miejsce.
Znów jest gorąco. Zapowiadają porywisty wiatr, na zachodzie tornado, czy coś takiego. Przeżyłam już pięć tornad i dwa huragany. Nienawidzę schronów, bo śmierdzi w nich szczurami. Ale z zasady się nie boję. No bo czego? Jeśli mam umrzeć, to i tak umrę. Tyle razy już byłam blisko, i to z własnej winy, że jedno tornado czy huragan więcej nie robią mi dużej różnicy. Przynajmniej śmierć przez przywalenie drzewem albo belką stropową byłaby bardziej sensowna niż durne podcięcie sobie żył albo wbicie długopisu w tętnicę udową. Napisaliby o mnie w Amarillo Globe-News. Jestem prawie tak fascynująca jak kocię o dwóch głowach albo ekshibicjonista, który od dwudziestu lat grasuje na tym samym skwerze i ciągle nie daje się złapać (mama podejrzewa, że to syn burmistrza, ale ja typuję właściciela piekarni).
Prowadzi mi się lepiej niż zwykle. Słucham Guns’n’Roses i palę papierosa, jest mi ciepło i czuję błogi spokój. Ale kiedy przekraczam granicę Vegi wiem już, że coś jest nie w porządku.

Z jakiegoś powodu znowu, chociaż wcale tego nie chcę, zaczynam traktować Domek na Wzgórzu jak swój własny Dom. To nienormalne, powtarzam sobie, przecież masz wszystko w Amarillo. Ukochane łóżko, fantastyczne meble, zeszyty pełne wspomnień pochowane w zabytkowej skrzyni.
Ale to tutaj, w piekielnej Vedze, jakoś wszystko się wyjaśnia.
Wieczorem Vanilla zabiera mnie na potańcówkę do Boot Hill. Tak, potańcówkę. To typowa teksańska impreza ze spasionymi dziewczynami w falbaniastych spódniczkach i facetami, którym wydaje się, że są prawdziwymi kowbojami, chociaż tak w zasadzie jedyny koń jakim potrafią się należycie zaopiekować to ten, którego trzymają w spodniach.
Wypijam dwie setki wódki i od razu zachciewa mi się tańczyć. Jestem młoda, jestem pijana i zamierzam zrobić kilka głupstw.
Przy barze poznaję faceta, który nazywa się Otto, ma dwadzieścia trzy lata i pracuje w rzeźni. Chcę roześmiać mu się w twarz: „Jak to, stary, więc zarabiasz na życie waląc tasakiem w jakieś bogu ducha winne krowy?”. Na początku mam nawet ochotę to zrobić, ale szybko opuszczają mnie siły i pozwalam mu prowadzić się na parkiet. Wszyscy tu pachną potem, sianem i utrwalaczami do taniej skóry. Wszyscy są tacy sami. Jasne włosy, piegi, pucułowate policzki, spracowane, spuchnięte dłonie. Gdyby nie to, że mam na sobie kowbojki i jako tako umiem w nich chodzić pewnie już dawno wyjebali by mnie stąd na zbity pysk. Durne niebieskie włosy, durna koszulka z nazwą zespołu, którego nikt tu nie zna, durne dżinsy (co to za skończona idiotka, która nawet nie potrafi równo uciąć nogawek). Ale, czy chcę czy nie, mam w oczach to samo co każde z nich. To jakieś znamię, znamię wypalone przez to przeklęte słońce. Huragany, upał, spadające gwiazdy w sierpniu. Otaczają mnie idioci, zbrodniarze, dziwki, kretyni, nieuki, matoły, nieudacznicy. Ale wszyscy urodziliśmy się pod jednym niebem. Tym cholernym niebem Vegi, które jest jak jakiś klosz, wrzucony na środek przypadkowego placka suchej ziemi, klosz, którego granicę możesz przekroczyć, ale jeśli to zrobisz – zawsze będziesz wiedział, że nie znajdujesz się na swoim miejscu.

Wracam do Vegi i w sobotni wieczór Clare zmusza mnie, bym poszedł z nią do Boot Hill Saloon & Grill. Zrobimy przyjemność ojcu, Jimmy, bla bla bla, będzie mu miło, a i ja chętnie napiję się z tobą piwa, braciszku, bla bla.
W dżinsach ciągle czuję się jak ostatni kretyn. Nie wiem co mam na siebie włożyć, przecież nie pójdę tam w garniturze i skórzanych butach, które nie są kowbojkami. Długo stoję przed lustrem wpatrując się w swoje żałosne odbicie, wątłe ciałko, które już praktycznie nie pamięta trzech lat w uniwersyteckiej drużynie lacrosse. Napinam bicepsy jak nastolatek. Starość nie radość, Jimmy.
W końcu znajduję na dnie szafy kraciastą koszulę, którą nosiłem ostatnio w liceum i trampki, również pochodzące z tamtego okresu. Wciskam dłonie w kieszenie spodni i wysuwam dolną szczękę. Prawdziwy teksański chłopak. Wspaniale.
Na podeście zbitym z przypadkowych desek gra beznadziejny zespół. Clare zajmuje nam stolik przy oknie, a ja idę po piwo i krążki cebulowe. Kiedy podchodzę do baru czuję się, jakbym zwiedzał skansen. Absolutnie nic się tu nie zmieniło; oddałbym głowę, że dziesięć lat temu piłem tu piwo z tych samych kufli, pewnie nawet od tamtej pory nie mytych. Ten sam stary barman zaciąga jakby grał w „Domu tysiąca trupów” kiedy pyta mnie o zamówienie. Po lewej stronie mam emerytowanego anioła piekeł, po prawej dwójkę wychudłych nastolatków – pryszczatą dziewczynę w za krótkich biodrówkach i chłopaka o potwornie przetłuszczonych włosach, a i cerze niewiele lepszej niż jego wybranki. Krzywię się do sinawych krążków cebulowych, które barman wydaje mi w dziwnie pożółkłej miseczce. Biorę piwo i ruszam do stolika.
A wtedy w falującym tłumie żywych eksponatów migają mi rozpuszczone włosy w kolorze wieczornego nieba.

Długo zastanawiałem się jak połączyć to wszystko w całość. Odpowiedź nie nadchodziła, nadchodziły tylko kolejne sny. W końcu matka, która wysnuła, pewnie nawet dość trafną teorię, że jestem w depresji i powinienem zmienić otoczenie, wzięła mnie ze sobą do Nowego Jorku. Najpierw spędziłem u niej tydzień, potem miesiąc. W końcu przeprowadziłem się na stałe.
Nie wiem co powiedział jej ojciec, ale nigdy nie poruszyła ze mną tematu tamtej nocy – balu wiosennego, Shelby Gordon i śladów krwi na mojej koszuli. Może, tak jak wszyscy inni ludzie, nabrała się na bajkę o anginie. A może po prostu zdecydowała, że to będzie ostatnie kłamstwo ojca. W każdym razie – Danny Cox i cała reszta odeszła w niepamięć.
Tak naprawdę to, co mówiłem Alabamie, nie jest prawdą. Ojca nie było nigdy gdy był potrzebny. Kiedy nie było wiadomo, czy w ogóle przeżyję poród, bo naokoło mojej szyi zaplątała się pępowina, albo kiedy w pierwszej klasie podstawówki wdałem się w bójkę z najsilniejszym chłopakiem w klasie. Czasem pracował w moje urodziny. Dwa razy w ogóle o nich zapomniał – nie wiem jak to się stało, matka i Clare zawsze szykowały imprezę na całą Vegi, imprezę z tortem z kolorowego marcepanu, kubeczkami w tęczowe wzory i malinowym szampanem dla dzieci. W życiu nigdy – może pomijając tę jedną o osiemnastoletniej dziewczynie – nie dostałem od niego żadnej rady. Po prostu stał gdzieś z boku jak posąg pseudobohatera wysławianego za jeden plemnik, legendę z jednym prawdziwym słowem: zapłodnienie. Bo to przecież prawda, jego jedyną zasługą, czasem wątpliwą, było to, że zapłodnił moją matkę i nie zabił jej przez następne dziewięć miesięcy. Nic więcej. Taki był mój ojciec. Mój ojciec.
W dniu w którym wyjeżdżałem już na stałe Danny Cox sam do mnie przyszedł. Uśmiechał się i długo witał z moim ojcem. Ten z jakiegoś powodu wiedział o wszystkich jego sukcesach w drużynie. Nigdy nie widziałem, żeby był z kogoś tak dumny jak był dumny z Dannyego.
Zaklejałem ostatnie pudła gdy Danny wszedł do mojego pokoju. Zamarłem. Usiadł na brzegu łóżka i nie przestawał się uśmiechać. Powiedział, że nie interesuje go czy powiedziałem komuś o wydarzeniach tamtej nocy, czy nie. Powiedział, że śledził mnie i Shelby przez całą drogę pod jej dom i że to on dał cynk jej braciom. Powiedział, że żałował, że wtedy przeżyłem, ale pomyślał, że mogę mu się do czegoś przydać więc przyszedł. Kiedy to mówił, wciąż obwiązane żebro sprawiało mi podwójny ból. Nie byłem pewien, czy jestem w stanie oddychać.
Potem Danny Cox wstał. Klęczałem na podłodze nad pudłem z napisem „Książki Jimmy’ego”. Nachylił się nade mną i wyciągnął jedną książkę – stare wydanie bajek dla dzieci, na których wychowywała się jeszcze moja matka. Roześmiał się pod nosem i poklepał mnie po ramieniu.
Oddychałem ciężko. W zasadzie ledwo. Dyszałem jak po maratonie. Gdyby teraz Danny Cox postanowił mnie zgwałcić, myślałem, gdyby postanowił mnie zabić, roztrzaskać moją głowę o parapet – nikt nic by nie zrobił. Ojciec uścisnąłby mu dłoń jeszcze raz i rzekł: Danny, synu, jak dobrze, że tak wspaniale rozwiązujesz wszystkie problemy.
Nie miałem odwagi na niego spojrzeć, ale chyba nawet na to nie liczył. Wrzucił książkę z powrotem do pudła i ruszył do drzwi.
A potem odwrócił się i wypowiedział słowa, których nigdy nie zapomnę:
„Nie musisz uciekać aż do Nowego Jorku. Znajdę cię i dokończę to, co zacząłem. A potem Cię zabiję, James”.
Właśnie to powiedział Danny Cox wychodząc z mojego pokoju.

PIECES FROM THE WHOLE.

niedziela, 17.października.2010, 13:13
Wsadzili mnie do mojego własnego samochodu i wywieźli na pobocze przy Arthur Street. Nie mogli mieć pojęcia, że mój dom znajduje się zaledwie osiemset metrów dalej, że mój ojciec właśnie nalewa sobie piwa, a matka, siedząc z nim przy stole, wyobraża sobie ucieczkę do kochanka.
Paul trzymał wykręcał mi ręce, Len kopał, a Frank przyglądał się temu, co jakiś czas pociągając z piersiówki. Nie miałem już siły żeby stać, więc opadłem na kolana, a potem przewróciłem się na bok. Na początku modliłem się by mnie nie zabijali. Potem nie byłem już pewien czy to nie było najlepsze wyjście.
W końcu znudzili się i odjechali moim własnym samochodem. Następnego ranka stał na podjeździe pod naszym domem.

Czułem smak własnej krwi, która wypływała z mojego nosa, pękniętej wargi i skaleczonej brwi żeby złączyć się na czubku języka w czerwony strumyczek. Była dziwnie słodka i kojąco chłodna, zaskakująco chłodna.
Naokoło panowała tak straszna cisza, że doskonale mogłem usłyszeć jak moja własna łza spada na beton. Nie chciałem płakać, chciałem wstać i iść do domu, ale nie mogłem się podnieść. Nie wiedziałem co boli mnie bardziej – twarz lepka od krwi czy żołądek. Zastanawiałem się czy umrę. Czy mam obrażenia wewnętrzne, wylew. Pogruchotane kości. Chciałem krzyczeć, chciałem wołać o pomoc i jęczeć z bólu, ale nie mogłem wykrztusić ani słowa.
Ostre światło latarni rozrywało ciemność dwa metry ode mnie. Wiedziałem, że jeśli tylko zdołam się tam doczołgać to może ktoś mnie zauważy przejeżdżając szosą. Przecież byłem niedaleko, dwa razy słyszałem chrzęst kół nie więcej niż czterdzieści metrów od siebie. Ale nie mogłem się ruszyć, nie wiem czy bardziej z bólu czy ze strachu. Nie byłem w stanie nawet drgnąć.
Cisza, tylko cisza i cykady, tylko ja i letni mrok, ja i wielki księżyc, wielki księżyc i moja krew. Nic więcej.

Prawie nie utrzymuję kontaktu z moim ojcem. Mieszka w małym domu gdzieś na północy Idaho, odwiedziłam go tam tylko dwa razy. Zawsze był bardzo przystojnym mężczyzną (mówi się, że kobiety podobne do ojców mają szczęście w miłości, ale ja, chociaż momentami wyglądam jak prawdziwy facet, jakoś go nie mam). Po rozwodzie z moją matką, dziesięć lat temu, przez rok miał depresję, a potem znalazł sobie nową kobietę, Ivy. Mają trójkę dzieci – bliźniaków Nathana i Davida i starszą Arizonę. To był pomysł ojca. Zupełnie jak „Alabama”. Szczerze mówiąc, wolałabym nosić jakieś nudne klasyczne imię po którego usłyszeniu ludzie nie zaczynają mnie posądzać o chorobę umysłową. Mogłabym być Anną albo Julią White. Barbarą White, Karen White. Czymkolwiek, tylko nie głupią Alabamą. W dodatku ojciec powiedział, że gdybym urodziła się chłopcem pewnie nazwaliby mnie Adrian - na cześć naszego teksańskiego Adrian dwadzieścia kilometrów od Vegi. Pewnie dlatego zawsze żałowałam, że mam nie te chromosomy.
Mimo wszystko Travis był całkiem niezłym ojcem. Pozwalał mi mówić do siebie po imieniu, zabierał mnie do kina przynajmniej raz w miesiącu, czytał mi psychodeliczne opowiadania z czasów swej młodości, które przechowywał pod łóżkiem w zielonych okładkach. A potem skończyłam osiem lat i zaczęło mu lekko odpierdalać. Wszczynał awantury o nic, nie zwykłe rodzinne kłótnie, tylko potworne dramaty na całą ulicę, wyrzucał swoje wiersze przez okno, palił flanelowe koszule. Jako dziecko dwojga artystów pewnie powinnam była się do tego szybko przyzwyczaić i uciec w palenie trawki albo pisanie poematów o śmierci i morskich potworach. Ale nie potrafiłam.
Rozwód odbył się szybko i bez większych scen, chyba po prostu obydwoje wiedzieli, że tak będzie lepiej. On wyjechał do tego swojego rodzinnego Idaho, a my zostałyśmy w Vedze. Ale potem, kiedy trafiłam do Great Oak matka uznała, że to za dużo i „zmiana otoczenia jest krokiem niezbędnym”, więc wzięła kredyt, zamówiła ciężarówkę, wpakowała do niej wszystkie nasze meble i zawiozła mnie prosto do Nowego Domu.
Bez względu na to co mówili ludzie ja wcale nie czułam się specjalnie dojrzała. W zasadzie zawsze wydawało mi się, że jestem zbyt dziecinna, naiwna, zbyt wrażliwa. Że to nienormalne, że w wieku jedenastu lat lubię spać z mamą albo boję się potworów spod łóżka. Że jestem opóźniona w rozwoju, bo nie umiem jeździć na rowerze, chociaż wszyscy moi koledzy potrafią już robić to nawet bez trzymanki. Że jestem niedorozwinięta.
I to przeświadczenie towarzyszyło mi chyba do połowy liceum. Patrzyłam w lustro tylko po to, żeby zobaczyć brzydkie upośledzone stworzenie, które ma w głowie kosmos; wielki burdel pełen brzydkich dziwek.

Po wyjeździe Jamesa postanawiam odwiedzić mamę, zjeść z nią kolację, zabrać z domu trochę świeżych ubrań, nowe książki. Pójść do Midnight Rodeo z moją przyjaciółką Sash. Napić się whiskey, potańczyć, pogapić się na idiotów z tyłkami jeszcze większymi niż mój własny. Popołudniu wyruszam w drogę, w domu jestem półtorej godziny później.
Mama siedzi w pracowni i wali w dwumetrowe płótno torebkami z kolorową farbą. Roztrzaskują się na nim tworząc kolorowe kleksy, resztki farby spływają na podłogę. Pytam, co robi, odpowiada, że zarabia na wakacje.
Moja mama zawsze rysowała wspaniałe rzeczy. Ludzi i zwierzęta, portrety, krajobrazy. Najbardziej podobają mi się jej akwarele, delikatne i rozmyte, przepuszczone przez pryzmat jej pozszywanej duszy.
Ale prawdziwe pieniądze zaczęła zarabiać po wypuszczeniu serii koszmarnych modernistycznych gniotów. To były straszne, bezkształtne obrazy, które postanowiła namalować dla zabawy. Za każdy dostała od jakiegoś fanatyka trzydzieści tysięcy dolarów. Spłaciła kredyt i zabrała mnie na wakacje do Paryża.

Sash pokochałam już pierwszego dnia liceum. Sięga mi do ramienia, jest blada, chuda i piegowata. Ma zadarty nos, pucułowate policzki, bardzo, bardzo niebieskie oczy i uda jak moje nadgarstki. Jest raczej nieśmiała i raczej cicha. Nosi słodkie sukienki z falbankami i żabotami, płócienne buciki i pastelowe sweterki. Nie znam nikogo kto miałby silniejszą głowę i bardziej miękkie serce.
Spotykamy się jeszcze tego samego wieczoru i idziemy do Midnight Rodeo, śmierdzącego lokalu w którym nic nigdy się nie zmienia. Charlie, wąsaty barman znowu strasznie zarywa do Sash i śmieje się z moich włosów. W łazience unosi się ten sam zapach, połączenie papierosowego dymu i odoru moczu. Przy barze siedzą miejscowi; stoliki zajmują przyjezdni - głównie turyści albo jakieś zastraszone dzieciaki, które chciały się gdzieś zabawić, ale nie bardzo wiedziały gdzie pójść. Na parkiecie kilka par podryguje w rytm najgorszego country z możliwych. Ah, Amarillo, mój parszywy dom.
Zamawiamy sobie dużo alkoholu i podwójne orzeszki. Sash, która nie poszła nawet na studia i od razu zaczęła pracę w recepcji motelu prowadzonego przez jej ojca, opowiada mi o wszystkim co ostatnio działo się w Amarillo. Czyli głównie milczymy. Potem trochę się całujemy, w zasadzie tylko po to żeby wkurzyć Charliego, który zaczyna nas przeklinać i straszyć Watykanem. Nie wspominam słowem o Jamesie Jenkinsie, bo po co? Jego ojciec może umrzeć praktycznie w każdej chwili, a wtedy James znowu zniknie i pewnie już nigdy go nie spotkam.
Zresztą co ja sobie, głupia dziewczyna, wyobrażam. Że będziemy się całować za Domkiem Na Wzgórzu, leżeć na moim dachu, trzymać za ręce? Że pójdę z Jamesem do łóżka i będzie cudownie? Że urodzę mu trójkę pucułowatych dzieci? Zagryzam wódkę orzeszkami i wyobrażam sobie nasze życie. Tak jest zawsze kiedy mi się ktoś spodoba. Nie mija nawet tydzień, a ja już widzę naszą starość. A potem o nim zapominam. Ciekawe, czy zapomnę o Jamesie Jenkinsie? Przecież już raz mi się to udało.

Długo leżałem bez ruchu i modliłem się by ktoś mnie znalazł. Zastanawiałem się jak wyglądają moje wnętrzności, czy mam pęknięte żebra, czy mam uszkodzone nerwy. Tak strasznie się bałem, że jeśli choćby drgnę coś mi się stanie, poczuję jeszcze gorszy ból albo umrę.
A potem usłyszałem kroki. Otworzyłem usta i znów nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa, ale wiedziałem, że jestem uratowany, że, ktokolwiek nadchodzi, zaraz wezwie pomoc, zabierze mnie do szpitala, ocali moje życie.
Danny Cox przykucnął nade mną i uśmiechnął się krzywo. Jego obcisłe jasne dżinsy napięły się mocno na kolanach, wyobraziłem sobie szlufkę od paska, wżynającą mu się boleśnie w skórę na brzuchu. Pewnie nic nie poczuł przez ten mięśniowy mur, pomyślałem i z jakiegoś powodu wydało mi się to niesłychanie zabawne.
- To ja, Jimmy – powiedział i pogłaskał mnie po głowie. Miał strasznie miękkie ręce, nienaturalnie miękkie, jakby pokryte pluszem. Zobaczyłem ciemne kleksy i na chwilę zasłoniły jego twarz, a potem wszystko wróciło jeszcze wyraźniejsze, jakby w technikolorze. Jego gęste, modnie obcięte włosy, mocna szczęka, lamówka od sportowej kurtki, którą Shelby okrywała się w chłodne dni. – Teraz jesteś bezpieczny.
- Danny – wyjęczałem i ogarnął mnie chłód. W jego oczach było coś dziwnego, coś, czego nie widziałem nigdy wcześniej – Danny, pomóż mi.
- Tak, Jimmy – odparł i wstał. Zrobił trzy kroki, a potem znowu przykucnął, tym razem koło mojego lewego boku – Jeszcze chwila i zaraz ci pomogę, Jimmy.
Te zdrobnienia, idiotyczne zdrobnienia, Jimmy, Danny, Danny, Jimmy. Jimmy.
- Danny – głos grzązł mi w gardle – Dlaczego chwila, dlaczego chwila? Dlaczego jeszcze chwila, ja – przełknąłem ślinę i przełknąłem własną krew, ale strach, paraliżujący lodowaty strach wciąż wypełniał moje usta i moje trzewia i moje serce – Ja potrzebuję pomocy.
- Tak, Jimmy – usłyszałem znowu, a potem, głośny jak eksplozja trzask klamry od jego paska zabrzmiał mi w uszach. Pamiętam tę klamrę, dużą metalową klamrę z głową bawoła wypełnioną złotawą emalią. „Ta klamra Coxa”, mówił mój ojciec „Prawdziwe arcydzieło, Jim, kupię ci taką po następnej wypłacie”. – Potrzebujesz pomocy. Za chwilę.
Potem Danny Cox zdjął kurtkę i rozpiął rozporek. Spróbowałem się poruszyć, ale miałem wrażenie, jakby żebra wbijały mi się w serce, więc tylko przycisnąłem twarz do szorstkiego, rozgrzanego asfaltu i zacisnąłem powieki. Poczułem jego dłonie na swoich biodrach, jego wielkie, gorące dłonie gdy rozpinał guzik moich dżinsów. Nie myślałem, bo nie chciałem czuć, skupiłem się na bólu, próbowałem odrzucić strach i próbowałem odepchnąć wstręt. Próbowałem sobie wytłumaczyć co właśnie się dzieje, ale nie byłem w stanie.
Danny rozpiął moje spodnie i ściągnął je do połowy moich ud. Zacisnąłem powieki i zagryzłem dolną wargę, zagryzłem ją do krwi. Zastanawiałem się, czy żebra faktycznie mogą przebić moje serce i czy jeśli tak się stanie, jak szybko nadejdzie moja śmierć? Czy długo będę czekał? Nie chciałem czekać.
Uniósł się nade mną, jego oddech był ciepły, pachniał piwem, tanimi papierosami i perfumami Shelby. Boże, pomyślałem, Danny Cox, co ludzie pomyślą?
Potem Danny wsunął dłoń pod moje bokserki i nagle opadł na mnie ciężko, przygniatając mnie całym ciałem. Jak to, pomyślałem, żadnego bólu? Żadnego bólu tam? Nic?
Za chwilę przyjdzie śmierć, myślałem, za chwilę to się stanie. Żebra wbijały mi się w płuca, mój mózg się rozpadał. Ale nic więcej, nic nowego, o co chodzi, Boże, o co chodzi?
- Jimmy – powiedział nagle ktoś i poczułem dotyk chłodnych kobiecych dłoni na policzku. Ciężar Dannyego zniknął, znowu były tylko cykady i ciemność. I te ręce. Otworzyłem oczy. Złoty pleciony pierścionek na palcu wskazującym i zbrązowiała metalowa obrączka z zielonym oczkiem na środkowym. Znałem tą dłoń, ten chłód, te pierścionki.
- Clare?
- Jimmy – Clare nachylała się nade mną dysząc ciężko. Włosy przykleiły jej się do czoła, oczy miała szeroko otwarte – Musisz wstać i pójść ze mną. Musisz wstać.
Nie wiem jak to zrobiłem, ale po prostu podniosłem się z ziemi. Ból już nie istniał, nie istniało nic poza ramieniem i dłonią Clare, poza zapachem jej różanego szamponu, poza miękkością jej włosów. Usłyszałem jeszcze jakiś hałas i zobaczyłem zieloną butelkę po piwie roztrzaskującą się na asfalcie. Danny Cox leżał bez ruchu, na jego karku błyszczało coś ciemnego i gęstego. W tym miejscu skóra rozchodziła się jakby na dwie części tworząc miniaturowy czarny wąwóz, z którego coś wypływało.
- Clare, czy ty go zabiłaś? – spytałem i wydało mi się to tak niedorzeczne, że zacząłem chichotać.
- Nie wiem, Jimmy – odparła.
Zemdlałem kiedy dotarliśmy do samochodu.

...
aktualnie pracuję jeszcze nad czymś nowym, ale w zasadzie jestem coraz bardziej zadowolona z tego opowiadania. to tak w ramach komunikatów, buziaczki.

OH FROM VEGA TO NY.

sobota, 9.października.2010, 17:14
Danny Cox był dowódcą naszej szkolnej drużyny rugby. Ja zdobywałem kolejne nagrody w konkursach naukowych, on zdobywał kolejne puchary. Nie byłem może największym fanem sportu, ale kiedy, jakoś tuż po siódmej klasie, spod mojego dziecięcego tłuszczyku zaczęły wychodzić mięśnie, stałem się ulubieńcem wszystkich co inteligentniejszych dziewczyn. Te, którym najbardziej imponowała czerwono-biało-złota kurtka szkolnej drużyny chodziły za Danny’m i przyczepiały się do niego jak pijawki, pijawki w plisowanych spódniczkach, pijawki z kucykami i w podkolanówkach ze wstążkami.
Danny był dwa lata starszy ode mnie i od pierwszej klasy liceum chodził z Shelby Gordon. Wtedy nie docierało do mnie jak filmową i, zarazem, idealnie stereotypową parę tworzyli. On był dość przystojny, bardzo umięśniony i raczej głupkowaty. Ona, przewodnicząca szkolnego komitetu do spraw organizacji imprez (wszyscy ją kochali bo na bal w ósmej klasie ściągnęła do Vegi prawdziwy zespół rockowy z Amarillo, zarośniętych i chudych, niewiele od nas samych starszych chłopaków w skórzanych kurtkach i ciężkich butach, którzy dolali wódki do owocowego ponczu i rozdziewiczyli trzy dziewięcioklasistki pod trybunami) i główna cheerleaderka była połączeniem anioła ze zdobionych brokatowym klejem kartek bożonarodzeniowych i gwiazdy porno, takiej prawdziwej, z wydętymi ustami i bez włosów łonowych. Kiedy Danny zrobił prawo jazdy, codziennie rano jechał po nią specjalnie do Adrian, a potem na tylnym siedzeniu jego samochodu, na parkingu przed Dairy Queen odstawiali numer, z którego większość dzieciaków z Vegi uczyła się anatomii.
W wakacje po dziesiątej klasie pojechałem z matką i Clare na Florydę. Zaraz po powrocie, wyższy o trzynaście centymetrów, opalony i nawet całkiem nieźle umięśniony, poleciałem do fryzjera i pokazałem mu wycięte z jakiejś gazety którą gwizdnąłem wcześniej ze szkolnej biblioteki, pomięte zdjęcie Nicolasa Cage’a. Zrobił mi fryzurę jeszcze lepszą niż ta na zdjęciu, za co zresztą dałem mu sześć dolarów napiwku, zajebiście dużo jak na uczniaka z Vega High School. Nigdy wcześniej i nigdy później nie miałem tak dobrej fryzury, więc pewnie dlatego Shelby Gordon zaczęła się do mnie uśmiechać w kafeterii.

Któregoś dnia ojciec wrócił do domu pijany. Nie wstawiony albo zawiany. Był upierdolony, ujebany w trzy dupy, bełkotał i spadał z krzesła, na którym sadzaliśmy go raz po raz, dźwigając z podłogi we trójkę. Clare dostała histerii, a matka zeszła do pralni po świeże szmaty, żeby zmyć jego wymiociny z kafelków, kiedy ojciec popatrzył mi w oczy i powiedział: Wiesz, Jimmy, wsadzać w osiemnastolatkę to jak dotrzeć do rajskich bram.

Shelby miała trzech braci – Paula, Lena i Franka. Wszyscy trzej pracowali w warsztacie samochodowym jej ojca i wszyscy trzej wyglądali dokładnie tak samo – wysocy i barczyści, z rudymi włosami powiązanymi w małe kitki i za mocno wysuniętymi dolnymi szczękami. Zawsze zastanawiałem się czy oni i Shelby mają jedną matkę. Przy nich, nawet z ustami kurwy i trochę zbyt krągłymi łydkami, wyglądała jak bogini. Potrafili naprawić każdy samochód i we trójkę umieli położyć piętnastu facetów w trzy minuty.
Na wiosenny bal Shelby założyła turkusową sukienkę bez ramiączek, dopasowaną w talii i rozkloszowaną na biodrach, z maleńkimi koralikami przy dekolcie, z dziesięcioma warstwami tiulu na spódnicy. Włosy musiała kręcić kilka godzin, na powieki położyła turkusowy cień. Dziś nawet bym na nią nie spojrzał, ale wtedy myślałem, że po prostu się na nią rzucę i rozedrę ten jej głupi tiul i białe koronkowe majtki, które zapewne miała pod spodem. (Potem okazało się, że były kremowe i zamiast koronki miały trzy falbanki przy gumce, ale to nie miało większego znaczenia, bo bez trudu obyliśmy się bez nich).
To prawda, kochałem wtedy Monique, moją partnerkę z zajęć na biologii. Ale Monique miała na sobie coś co wyglądało jak koszula nocna i tylko stała przy długim, nakrytym białą ceratą stole zastawionym talerzami z tartinkami i misami z ponczem czekając, aż podejdę i zapytam, czy opracowała już swoją część referatu o molekułach.
Wcześniej rozmawiałem z Shelby dwa razy – raz kiedy wpadłem na nią wychodząc z szatni i raz kiedy spotkałem ją na parkingu przed Dairy Queen (akurat wchodziłem po skrzydełka i sałatkę na kolację, a ona właśnie wychodziła po obiedzie z rodzicami).
Danny i Shelby po raz trzeci zostali królem i królową balu i odtańczyli taniec zwycięzców do ‘Unchained Melody’ kaleczonej przez wynajęty zespół, który tym razem przyjechał nie z Amarillo a z Austin i wyglądał tak samo jak nasi miejscowi muzycy, z którymi jednak szkoła zerwała kontrakt jakiś czas wcześniej, bo, przekupieni przez uczniów z ostatniej klasy, przy zwycięskim tańcu króla i królowej zamiast ‘Love Me tender’ zagrali marsz pogrzebowy. Skończyli tańczyć i bawiliśmy się jeszcze chwilę, ja z moimi znajomymi, oni ze swoimi. Potem wsiadłem do samochodu i zatrzymałem się przy wyjściu awaryjnym. Shelby wsiadła do mojego samochodu, przycinając sobie tiul drzwiami.
Nie wiem dlaczego zgodziłem się zatrzymać na parkingu przecznicę od jej domu. Chyba po prostu za bardzo chciałem dobrać się do jej małych majtek, żeby myśleć o Paulu, Lenie i Franku, machających kluczami francuskimi i śrubokrętami.
Przecisnęliśmy się na tylne siedzenie i tam Shelby wyznała mi, że jest dziewicą. „To nic, Shelby”, powiedziałem „Ja też”.
Wcale nie czułem się jakbym docierał do rajskich bram. Było mi gorąco i trochę słabo, coś mówiło mi, że powinienem poruszać się jak aktorzy z filmów pornograficznych, które oglądaliśmy z moim kumplem Hankiem w jego przyczepie, ale nie miałem ani takich mięśni ani tatuaży. Poza tym Shelby nie wydała żadnego dźwięku i tylko rozchyliła usta, więc nie wiedziałem, czy sprawiam jej rozkosz, czy raczej ból.
W końcu spytałem, czy było w porządku i kiedy odpowiedziała, że tak, było fajnie, pocałowałem ją w ramię, wysiadłem i sięgnąłem do kieszeni po papierosy. Potem usłyszałem hałas i jakaś nadludzka siła pchnęła mnie na chodnik.
Papieros wypadł mi z dłoni i potoczył się po asfalcie, a potem ktoś, Frank czy Len, nie jestem pewien, podniósł go i przyłożył do mojego policzka. Czułem żar i nie wiedziałem co się dzieje. Szarpnąłem się, a oni ryknęli śmiechem. Shelby stała nieco dalej i krzyczała, ale albo nie słyszałem, albo po prostu robiła to bezgłośnie. Frank, wiem na pewno, że to był Frank, zaśmiał się do mojego ucha a potem przyłożył papierosa do mojego boku.
Do dziś mam po nim bliznę, małą i okrągłą, jakby odmierzoną, odrysowaną cyrklem.
- Idź do domu, Shel – powiedział Paul. Shelby pokręciła głową i wtedy Frank złapał ją za nadgarstek tak mocno, że aż jęknęła. Widziałem wszystko z dołu, z dziwnej, skrzywionej perspektywy. Zwijałem się z bólu z głową wspartą na krawężniku. – Po prostu idź do domu, już.

W moim życiu było tylko dwóch chłopaków. Felipe Ferry w jedenastej klasie i Mikey Lepentielle na samym początku studiów. W Felipe podobała mi się oliwkowa cera i ciemne włosy, które odziedziczył po matce, meksykańskiej emigrantce. Był chudy i komicznie szarmancki. Nasz trwający dwa tygodnie związek ograniczył się do trzech przelotnych pocałunków i kilku spacerów z trzymaniem się za ręce.
Mikey był w połowie Francuzem i zdobył mnie akcentem, uśmiechem i pewnością siebie. Nie wiem czy mu się podobałam, ale należałam do nielicznych dziewczyn, które były w stanie go zrozumieć. Po prostu miał takie charczące ‘r’ i, chociaż wiele wyobrażało go sobie w swoim łóżku, tylko kilka rozumiało, kiedy mówił, że chce mieć je we własnym.
Dobra, może nigdy nie wylądowałam w łóżku Mikey’ego, ale podpieprzyłam mu kurtkę i flakon perfum, które przywiózł sobie z Paryża po odwiedzinach u ojca. Po prostu trochę się całowaliśmy i czasem pozwalałam mu dobrać się do swojego stanika, ale nic poza tym. Francuski akcent i cięty język nie wystarczyły, co Mikey szybko pojął i zostawił mnie jeszcze przed gwiazdką.

A teraz pojawił się James. Właśnie w chwili, kiedy najmniej się tego spodziewałam i kiedy najmniej potrzebowałam jakichś kretyńskich sercowych emocji. Po prostu wlazł sobie do mojej głowy, zakorzenił się w niej jak jakiś chwast, który wyrósł z nasionka przywianego przez chłodny wiatr z północy, jedyny przynoszący wytchnienie w tym upale.
Więc James, skoro już się pojawił, był w moich myślach obecny cały czas. Przy robieniu ciasta karmelowego, pod prysznicem i podczas gry w warcaby z Pauliem-Pijakiem.
I jest obecny też teraz, gdy siedzę na ganku i maluję paznokcie u stóp perłowym lakierem.
Nawet dokładnie nie wysychają kiedy decyduję się podrzucić Jenkinsom jeszcze kilka ciasteczek i może słoik babcinych konfitur. Jadę bez Vanilli, która migdali się na strychu ze swoim ukochanym o przetłuszczonych włosach. Zatrzymuję się po drugiej stronie krawężnika i jeszcze zanim wysiądę zauważam Jamesa ubranego w garnitur, wychodzącego z domu z walizką.
Praktycznie wylatuję z samochodu, oczywiście zapominając ciastek i konfitury.
- Cześć, James – wołam do niego. Zatrzymuje się i rozgląda, uśmiecha się, całuje mnie w policzek. Pachnie wodą kolońską, której jeden flakon kosztowałby mnie pewnie dziewictwo i nerkę.
- Cześć, Alabama – mówi – Właśnie się pakuję.
- Wyjeżdżasz? – pytam, zbyt późno orientując się jak piskliwie brzmię.
- Tak, ale wrócę za trzy dni. Muszę podpisać kilka dokumentów w Nowym Jorku, w końcu tam pracuję i tak dalej… ale wiesz, nie mógłbym teraz zostawić tu ojca. – w jego głosie słyszę jakiś żal - Chorego na raka. Tak po prostu go zostawić, on nigdy mnie nie zostawił kiedy go potrzebowałem. Dlatego wrócę. Mój kierowca powinien już tu być – spogląda na zegarek i potrząsa głową.
Kierowca. Fantastycznie! Mnie prywatny kierowca zawiezie chyba tylko na cmentarz. W sumie szkoda, że nie będę wtedy, jakby to powiedzieć, zbyt obecna.
- Tak, rozumiem. Ci kierowcy zawsze strasznie się spóźniają, co? Hi hi hi – mruczę, na koniec zakręcając kosmyk włosów na palec i chcę paść na chodnik twarzą w dół i walić nią w beton tak długo, aż rozpierdzielę sobie głowę, w której i tak zapewne nie ma mózgu.
Wtedy właśnie jak na zawołanie podjeżdża granatowy mercedes z przyciemnianymi szybami i ratuje mnie przed samobójstwem w stylu Lyncha, a Jamesa przed wysłuchiwaniem kolejnych kretynizmów, których mogłabym go zasypać.
Ściska mnie, wrzuca walizkę do bagażnika, wsiada.
- Do zobaczenia, Alabamo White. – rzuca jeszcze przez uchyloną szybę, a potem odjeżdża. Zostaję na tym upale sama z ciastkami i konfiturą gotującą się na tylnim siedzeniu mojego samochodu. Od słońca pieką mnie ramiona. Zaraz też zaczynają piec mnie oczy.
Do zobaczenia, Jamesie Jenkinsie.

Stewardesy w prywatnym samolocie pana Avery’ego znów uśmiechają się wyjątkowo pięknie i nawet pozwalam sobie na mały flirt z jedną z nich, wysoką i szczupłą blondynką z zadartym nosem obsypanym piegami. Lot nie dłuży mi się tak bardzo i nawet z pewną ulgą zaczynam przeglądać papiery. Praca, znów praca. Jedyna stała i jedyna pewna rzecz w moim życiu, w końcu nigdy nie wiadomo, czy nagle Twój ojciec nie dostanie wylewu albo czy na Twojej drodze nie stanie niebieskowłosa filozofka w obciętych dżinsach. Czarne literki jak małe robaczki, kolejne nazwy korporacji, wykropkowane miejsca na podpisy ludzi, którzy jak mityczny żółw utrzymują ten świat na swych zmęczonych głowach.
Lodówka jest pusta jak zawsze, na najniższej półce znajduję tylko słoiczek po miodowej musztardzie importowanej z Francji, wyschniętą i poszarzałą połówkę pomidora i puszkę piwa. Zamawiam sobie sushi z najlepszej restauracji jaką znam, odpisuję na zaległe maile i idę spać.
Nie wiem kiedy zasypiam, ale doskonale wiem, kiedy się budzę. Zrywam się z łóżka zlany potem i przez chwilę nie mogę złapać oddechu. Wypijam dwie szklanki wody i wychodzę na patio. Zapalam papierosa. To miasto naprawdę nigdy nie zasypia. Jeszcze wczoraj otaczała mnie cisza Vegi, cykady i mrok jak tamtej nocy, za której zapomnienie oddałbym chyba wszystko co mam. Dziś oślepiają mnie neony, jest trzecia, a ludzie tańczą na ulicach. W dole są jak mrówki, ja tutaj, dwadzieścia jeden pięter wyżej czuję się trochę jak Bóg. Jedyna rzecz o której mogę decydować to moje własne życie i moja własna śmierć. A gdybym teraz skoczył? Przełożył nogi przez barierkę, wziął głęboki wdech i runął na nich w dół? Czy przestaliby tańczyć?
Wracam do mieszkania. Sto dwadzieścia metrów pustki, umeblowane za tysiące dolarów. Oryginały obrazów, pozłacane klipsy do zasłon. Dlaczego nie umiem się tym cieszyć? Dojadam resztę sushi, ziarenko po ziarenku. Dlaczego nie potrafię zaakceptować tego, co już się stało i co nigdy się nie zmieni? Dlaczego nie umiem o tym mówić? Może gdybym zaczął to widmo choć trochę by zmalało. Może przestałbym budzić się z krzykiem.
Co mogę zrobić, pytam okładkę Vol de Nuit Exupéry'ego. Co mogę zrobić?

I wtedy właśnie w moim umyśle pojawia się myśl. Ta myśl. Odkładam książkę i znowu wychodzę na patio. Neony, ludzie, upał.
Postanawiam zabić Dannyego Coxa.

THIS WIND

wtorek, 5.października.2010, 15:09
Kiedy Clare i Vanilla robią kanapki z masłem orzechowym i plasterkami banana, pomagam Jamesowi rozpakować zakupy.
Z dzieciństwa pamiętam tyle, że zawsze mówiło się o nim jako o Chłopcu Jenkinsów. Bardzo zdolnym, bardzo grzecznym Chłopcu Jenkinsów, który wkrótce po rozstaniu rodziców wyjechał wraz z matką do Miasta. Miałam wtedy ze sześć lat, on szesnaście. Mało mnie interesowało gdzie w końcu wylądował, w Nowym Jorku, Las Vegas albo Phoenix. Wtedy jeszcze każde miasto, które nie było Vegą, było po prostu Miastem, a Vega była Domem. Póki ja byłam bezpieczna w Domu, z daleka od Miast, Chłopiec Jenkinsów mógł sobie wyjeżdżać gdzie chciał.
Nie pamiętałam nawet dobrze jego twarzy.

Jest bardzo przystojny. Pociągający; taki wysoki i szczupły, z uważnymi ciemnymi oczami, którymi mierzy mnie dokładnie gdy wydaje mu się, że nie patrzę. W jego spojrzeniach nie ma jednak żadnej wulgarności albo nachalności, raczej nie wyobraża mnie sobie myjącej jego samochód bez stanika albo rozłożonej na jego łóżku, dostępnej niczym stojak na pranie. Po prostu mi się przygląda i dobrze mi z tymi spojrzeniami.
Jakby naprawdę mu zależało. Na czymś. Na czymkolwiek. Na mnie.
Ma lekko zachrypnięty, głęboki głos aktora ze starych filmów, którego słuchanie, chociaż mało się odzywa, sprawia mi prawdziwą przyjemność. Czekam na każde słowo jak teksańscy farmerzy czekają na deszcz pod koniec sierpnia. Uświadamiam sobie, że chyba zaczynam za nim tęsknić.
Chociaż przecież jest obok.
Nie mija piętnaście minut i Clare dopiero woła nas na kanapki, kiedy zaczynam wyobrażać jak miękkie muszą być jego wargi.
Siedzimy na werandzie i rozmawiamy o tym, że Vega w ogóle się nie zmienia, że to wielka szkoda, że w zeszłym roku Georg Wolff umarł na tydzień przed ślubem swojej córki, chociaż ja wcale nie żałuję, bo Georg był wstrętnym faszystą; że przez Teksas przechodzi chyba jakaś plaga szkodników, bo Clare coś zjada zielony groszek.
Dziękuję za kanapki, ale piję dwie duże herbaty z konfiturami. James uśmiecha się do mnie przyjaźnie; zapewne właśnie tak uśmiecha się do wszystkich tych zagarniturowanych idiotów z którymi ma do czynienia na co dzień. Vanilla mówi, że umówiła się z Kitem za pół godziny pod naszą starą podstawówką, więc musimy się zbierać. Dziękujemy rodzeństwu Jenkinsów za gościnę. Przed wyjściem jeszcze wchodzę do łazienki, zamykam się w środku, otwieram szafkę. Osiem różnych pudełek. Leki ojca Jamesa. Nie patrzę na etykietki, wyciągam po tabletce z każdego, owijam w papier toaletowy i wsuwam do tylniej kieszeni spodni. Na umywalce stoi droga woda kolońska, nie może należeć do Pana Jenkinsa, jego zapach zawsze kojarzył mi się z cytryną i zdechłymi szopami.
Opieram się o umywalkę i przeczesuję włosy, a potem unoszę głowę.

Moja matka zaprzecza, ale ja naprawdę nienawidziłam luster już jako dziecko. ‘Wcale nie, Bambi, mogłaś się przeglądać godzinami!’ mówi i robi taką minę, jakby wiedziała co siedzi w mojej głowie, czego się boję, a czego brzydzę.
Najbardziej na świecie brzydzę się własnego odbicia.
Przeżyję wszystko, rozkładające się zwierzęta, gnijące jedzenie, pobieranie krwi, pająki. Wszystko oprócz tej twarzy.
To prawda, że kiedyś mogłam patrzeć w lustro godzinami, ale wcale nie robiłam tego przez jakiś pusty zachwyt. Godzinami gapiłam się we własne oczy, uczyłam na pamięć kształtu własnych ust. Wszystko to było po prostu obrzydliwe. Blada twarz, włosy sterczące każdy w inną stronę, kretyńskie piegi, spierzchnięte wargi, policzki wypchnięte jakbym trzymała tam zapasy na co najmniej rok. Patrzyłam godzinami i zastanawiałam się o co w ogóle chodzi, co ja tutaj robię, DLACZEGO cokolwiek robię w tym przeklętym miejscu, w tym przeklętym, potwornym ciele.
Patrzyłam godzinami i zastanawiałam się co mogę zrobić, żeby nie musieć patrzeć już nigdy. Na to miejsce, tych ludzi, ten świat. Ale przede wszystkim na samą siebie.
Wiem, że jestem nienormalna i wcale się nie kryguję; nie musicie kręcić głowami i powtarzać ‘nie nie wcale nie skądże’, bo mam to w papierach od czterech różnych specjalistów.
Kiedy trafiłam do Great Oak miałam dziesięć lat i byłam najmłodszą pacjentką z najcięższą depresją na calutkim oddziale. Pamiętam, że w ogóle się nie bałam, podchodziłam do wszystkiego jak do kolejnego tylko etapu, który dzieli mnie od wielkiej nagrody, nagrody, którą niedługo wygram, jak w grze komputerowej w której musisz przejść ileś poziomów żeby stoczyć walkę z bossem i rozpieprzyć wszystko w drobny mak, a potem trafić do krainy wygranych, którą obiecują Ci od samego początku.
Moją nagrodą miał być koniec tego wszystkiego.

O dwudziestej jest jeszcze zupełnie jasno, a termometry wskazują dwadzieścia dziewięć stopni Celsjusza. Ojciec znowu drzemie przed telewizorem, jego mała pomarszczona głowa wsparta na poduszkach w poszewkach ozdobionych przez Clare misternym ozdobnym haftem kojarzy mi się z kongijskimi talizmanami z wysuszonych skurczonych główek wrogów. Clark i Jeannie, jakaś jej przyjaciółka, której za cholerę nie pamiętam, a która ślini się na mój widok jak wygłodzone zwierzę, siedzą na ganku i piją Budweisera.
Zbiegam po schodkach i idę żwirowanym podjazdem aż dochodzę do krawężnika. Czuję się jakbym znowu był nastolatkiem. Jakbym miał czternaście czy piętnaście lat, nastroszone włosy i musiał się golić raz na miesiąc. Wychodzę na ulicę, nie wiem gdzie się wybieram. Jest wiele momentów, w których oddałbym wszystko żeby być czymkolwiek innym, tylko nie sobą. Mógłbym być drzewem albo kojotem, mógłbym być butelką po coli, teraz żałośnie zgniecioną, zatykającą wpływ do rynsztoku.
Idę przed siebie, trampki wtapiają mi się w rozgrzany asfalt kiedy przystaję by zapalić papierosa. Chodzę bez celu, bez sensu. Nie chcę wracać, nie chcę stać w miejscu. Vega rzeczywiście się nie zmienia, tu zawsze wszystko jest takie samo. Odmalowali kościół i szkolne ogrodzenie. Nowi zniszczeni nastolatkowie rozbijają się po tych wyblakłych ulicach w tych samych samochodach, co ich bracia i siostry albo rodzice dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Na tablicy ogłoszeniowej wiszą cztery nekrologi: Betty Hallows, 89; Conrad Matthew Burke, 72; Lucy Markovitz, 84, William M. Cox, 67.
William M. Cox, myślę, William M. Cox. Nie muszę się zastanawiać skąd znam to nazwisko. przechodzą mnie dreszcze i muszę przytrzymać się tablicy. Zawroty głowy mijają, chcę wracać do domu.

Mówiłem już wcześniej, nie sypiam najlepiej.
Czasami zaczynam się dusić we śnie. Czasami budzę się w poprzek łóżka albo na podłodze, wyciągnięty jak struna, zdrętwiały. Czasem w ogóle nie zasypiam.
Bywałem u lekarzy, próbowałem syropków, tabletek, nawet akupunktury. Próbowałem terapii, snu na świeżym powietrzu. Próbowałem.
Sny wracają. Ciągle sny, kolejne sny. Sny w snach, sny na jawie. Czasami nie do końca już wiem, co dokładnie mi się śniło. Czasem nie wiem, czy w ogóle śnię, czasem nie jestem pewien, czy w ogóle przestaję to robić.
Ale gdziekolwiek się budzę, zlany potem czy potwornie zmarznięty, zawsze ostatnim obrazem w każdym śnie jest twarz Dannyego Coxa.

SLOW LIFE

niedziela, 12.września.2010, 19:29

Przy kolacji, na którą Clare podaje pszenne tortille z serem i sałatkę, naprawdę parszywą sałatkę z kwaśnym sosem, rozmawiamy o sporcie i prezydencie Obamie.
Ojciec nie wspomina nic o swojej chorobie, ja o swojej pracy, a Clare o swojej samotności, która jednak, widzę to wyraźnie, jest w każdej komórce jej ciała.
W sobotę rano sprawdzam maile. Jest ich tylko dwadzieścia jeden, więc idzie mi szybko. Wypijam dwie kawy i po raz pierwszy od dawna zakładam dżinsy, a nie spodnie od garnituru. Ojciec drzemie przed telewizorem, wyglądam przez kuchenne okno. Clare kręci się po ogródku i zbiera pomidory, wygląda przy tym, może z tej perspektywy, a może przez miękkie poranne światło, zupełnie jak moja matka, oczywiście dawno temu. Rodzice rozstali się w atmosferze skandalu, którzy wstrząsnął całą Vegą, kiedy mieliśmy po szesnaście lat. Nigdy nie wzięli oficjalnego rozwodu, ale to nie przeszkadzało mojej mamie uciec do Nowego Jorku w towarzystwie Willarda, miłego agenta nieruchomości, u boku którego znalazła prawdziwe szczęście. A ja, za namową Clare („Ty jesteś zdolny, Jimmy, jedź i się rozwijaj, a ja tu zostanę i zaopiekuję się ojcem, a potem do ciebie dołączę”) pojechałem z nią.
W domu jest brudno. Oprócz tego zapachu, który wciąż mnie dusi choć, co wcale mnie nie cieszy, zaczynam się do niego przyzwyczajać, wszystko zasnute jest pajęczynami, pokryte kurzem, zlepione resztkami szczęścia, którego nikt tu już nie zna.
Pytam Clare jak jej pomóc, ale tylko się uśmiecha, trochę z wyrzutem a trochę z nadzieją i kręci głową.
- Jedź na zakupy, Jimmy. Zaraz zrobię ci listę – otrzepuje ubrudzone ziemią dłonie i wchodzimy na ganek. – Będziesz musiał wziąć samochód, bo brakuje już kilku rzeczy, nie mamy prawie mleka i kończą się ulubione płatki ojca i…
- Clare, po prostu to napisz – mówię i dopiero w momencie, w którym zamykam usta, orientuję się, jak chłodno musiało to zabrzmieć. Clare nie wypowiada już ani słowa więcej. Po chwili wręcza mi kartkę zapisaną krągłymi, równymi literami. Składam ją na pół, wsuwam do tylnej kieszeni dżinsów i wychodzę.

Urodziłam się w Vedze, właśnie w Domku Na Wzgórzu. Jest na tyle duży, że, aż do rozwodu rodziców, mieszkaliśmy tu wszyscy razem – Mama, Tata i ja, babcia i dziadek, Paulie-Pijak, Pam, Rod i Vanilla. W domu zawsze kręciło się pełno dzieci, prawie wszystkie dzieciaki z sąsiedztwa (oprócz trzech córek państwa Connorów, którzy zabraniali swoim dzieciom wychodzić gdziekolwiek po szkole, aż do samobójstwa Lizzy, środkowej siostry, kiedy to w ogóle przestali się nimi zajmować i Tima Jones’a, który wolał obserwować niebo przez swój zabawkowy teleskop) przychodziły do nas na podwieczorki i na pokazy magicznych sztuczek, które czasem urządzał Paulie-Pijak. Pamiętam, że robił strasznie fajne rzeczy, numery z połykaniem noża, znikającymi papierosami i całymi bukietami wyjmowanymi nagle z kieszeni. Potem trafiłam do szpitala, w którym sztuczki robił tylko skretyniały klown i spędziłam w nim w sumie prawie rok. A później się wyprowadziliśmy.
Teraz Vega nie budzi we mnie niepokoju. Oswoiłam te drogi, rozgrzany asfalt i nierówne krawężniki, oswoiłam dachy powyginane od żaru, zniszczonych nastolatków w starych samochodach i rozjechane lisy tuż za miastem. Oswoiłam susze, huragany, ciszę. Wszystkie te legendy, opowieści, plotki. Wszystkie intrygi. Oswoiłam Vegę, ale nie przestałam jej nienawidzić.
Wciąż nie wiem co mnie w niej tak pociąga. Może odnajduję tu swoje dzieciństwo, a może zagłuszam tu swoje tęsknoty. Wracam. Ciągle wracam.
Może lubię ból.

Zostaję dłużej, niż planowałam. Mama wpada pewnego popołudnia i dowozi mi rzeczy, oczywiście najbrzydsze (jej zdaniem najładniejsze), jakie znalazła w moim pokoju.
Piątego dnia po śniadaniu, kiedy, nachylając się nad zbyt nisko zawieszonym zlewem, zmywam z talerzy syrop klonowy i roztopione czekoladowe wiórki, Pam, ubrana w seledynowe body i okulary kocie-oczka, których pozazdrościłaby jej niejedna femme fatale, nachyla się nade mną i mówi:
- Alabambi – jeszcze lepiej – Tak siedzisz w tym domu. Weź Vanillę i pojedźcie do Kitty Dollory, a potem jeszcze do Clare Jenkins. Zawieźcie im trochę ciasteczek zbożowych, zaraz wam zapakuję. Ta biedna Clare, ostatnio nie ma łatwo…
Pół godziny później siedzimy z Vanillą w samochodzie. Ona trzyma na kolanach dwie blaszane puszki przewiązane różowymi wstążeczkami, ja prowadzę. Ciasteczka grzechoczą gdy podskakujemy na wybojach.
Kitty Dollory mieszka po drugiej stronie Vegi, zaraz za kościołem. Podobno starała się o dom w tym miejscu, bo dźwięk dzwonów sprawia jej perwersyjną przyjemność.
Mnie jednak nie wygląda na osobę skłonną do jakichkolwiek perwersji. Jest po prostu miłą staruszką, wdową od dwudziestu pięciu lat. Cała jest malutka i skurczona, zupełnie jak jej domek. Częstuje nas herbatą i pokazuje zdjęcia swoich wnuków, znam te zdjęcia na pamięć – to rytuał Kitty Dollory.
Po wizycie u Kitty wsiadamy do samochodu i, teraz już z jednym pudełkiem ciastek, jedziemy do Clare. Vanilla najpierw dużo mówi, potem bawi się pokrętłami radia i wychyla przez okno, paląc papierosa, którego bierze sobie bez pytania. Opowiada mi o Clare i o jej ojcu, o swoim chłopaku, Kicie, jego siostrach i kuzynkach, o szkole i snach, które jej się śnią po kwasie. Ciągle trajkocze i trajkocze, plecie mi warkoczyk z grzywki i prawie przejeżdżamy kota.
Już na miejscu o mało nie urywam sobie podwozia na jakimś korzeniu i wchodzimy do domu. Chryste, strasznie w nim śmierdzi, chociaż nie mogę określić tego zapachu. Kojarzy mi się ze szpitalną stołówką, ale też z wysypiskami śmieci albo czymś takim. Mówię, że mi za gorąco, więc zostajemy na ganku, a potem idziemy do ogródka, oglądać uprawę kabaczków.

Robię zakupy w sklepie przy Vega Boulevard. W dziale ze słodyczami (kupuję kakao w proszku, czekoladę dla Clare, płatki śniadaniowe ojca, batoniki zbożowe, cytrusowe landrynki i herbatniki z karmelem, wszystko z listy) zaczepia mnie jakaś starsza ruda kobieta, która, niestety, poznaje we mnie Jamesa Jenkinsa i z radością potrząsa mną wołając, że to dobrze, że w końcu poszedłem po rozum do głowy i wróciłem do domu.
Kasjerka, nie jestem pewien czy nie chodziłem z nią do liceum, robi wielkie balony z arbuzowej gumy do żucia, którą zasmradza wszystko naokoło, wrzuca moje zakupy do trzech wielkich, papierowych toreb i machinalnym ruchem zniszczonej ręki przekręca w moją stronę wyświetlacz. Płacę 80 dolarów i obracam dwa razy, zanim wszystko zapakuję.
Przed domem stoi jakiś obcy samochód, chyba starszy ode mnie samego. Wzruszam ramionami, biorę dwie torby, zatrzaskuję bagażnik.
Ojciec śpi. Wychodzę na ganek i wołam Clare.
Woła mnie zza domu, więc zostawiam torby na ławie przy drzwiach (zapominając, że są w nich cztery torebki mrożonek) i idę do ogródka.
Zanim zdążę cokolwiek powiedzieć Clare doskakuje do mnie w towarzystwie jakiejś chudej blondynki, która najpewniej nie ma jeszcze dwudziestu lat, ale z góry rozpoznaję w niej wszystkie inne dziewczyny z Vegi, tak samo znudzone i zmęczone życiem w wieku kilkunastu lat. Ma zadarty nos i piegi, uśmiecha się krzywo, ale seksownie.
- Oczywiście znasz Vanillę Hayes – mówi Clare i to nie jest pytanie. Nie pamiętam Vanilli Hayes, ale kiwam głową, mówię, że nic się nie zmieniła i ściskam jej chudą dłoń. Vanilla coś tam mówi o moim ojcu i cukiniach, ale już na nią nie patrzę.
- No tak, Jim. A to jest Alabama White – rzuca jeszcze Clare.
Alabama, która dotąd kuca przy grządce z ogórkami i uważnie się czemuś przygląda teraz najpierw podnosi głowę, a potem wstaje i otrzepuje lewą dłoń o tylną kieszeń dżinsowych szortów.
Alabama White. Jakimś cudem pamiętam Alabamę White.
Z tym, że wtedy była małą, pucułowatą dziewczynką w rybaczkach i z błyszczącymi kasztanowymi włosami zaplecionymi w gruby jak dziewczęce ramię warkocz sięgający połowy pleców.
Dziś Alabama jest mojego wzrostu. Ma na sobie krótkie kowbojki, szorty i biały wyciągnięty podkoszulek z wycięciem w serek, za które zaczepiła okulary przeciwsłoneczne. Mocne uda, szczupłe ramiona, małe piersi. I nie nosi stanika.
Przełykam ślinę, a ona uśmiecha się szeroko. Nie jest piękna, ale zdecydowanie interesująca z tymi wąskimi ustami, mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, błyszczącymi brązowymi oczami i ciemnymi brwiami.
No i jej włosy. Są niebieskie.
Na otwartej dłoni Alabama White trzyma dużą, włochatą gąsienicę, czerwoną jak maki. To jej przyglądała się na grządce.
- Cześć, James – jako jedyna w moim rodzinnym miasteczku nazywa mnie pełnym imieniem. Nie przestaje się uśmiechać.
- Cześć, Alabama – odpowiadam, pesząc się po raz pierwszy od kilku dobrych lat. – Zmieniłaś się.
- Tylko ci się wydaje – mówi, chociaż obydwoje wiemy, że rozmawiamy bezpośrednio ze sobą chyba pierwszy raz w życiu.

FATHER, I WANT TO KILL YOU.

sobota, 4.września.2010, 18:17
Vega. Dziura na zachód od Amarillo.
Vega. Dziewięciuset mieszkańców.
Vega. Niemalże w połowie słynnej starej route 66, owiana sławą w latach świetności tejże autostrady, teraz zapomniana i odstawiona w kąt jak stara zabawka, ulubione niegdyś adidasy z odblaskowym paskiem, z których się wyrasta i które zamieniają się w pył w głębi szafy.
Vega. Nie jestem nawet pewien, czy kiedykolwiek w ogóle nadano jej prawa miejskie. Czy jest na mapie. Czy ktokolwiek się nią przejmuje, czy też po prostu władze oczekują, aż zupełnie zmarnieje, wyschnie, pokruszy się zadręczona ostrym słońcem jak pustynne skorupy. Zniknie z powierzchni ziemi zabierając ze sobą ostatnich mieszkańców. Dołączy na zawsze do szerokiego grona teksaskich miast-widm. Martwych, opustoszałych. Straszących przejezdnych jak zwłoki, wywieszane kiedyś przy bramach wjazdowych dla przestrogi.
Z lotniska odbiera mnie kolejny kierowca, tym razem nazywa się Pat i jest głośny i prostacki, z dłońmi lepkimi jeszcze od zjedzonego niedawno pączka. Wyjeżdżamy na autostradę 385. Mijamy tanie motele, obskurne stacje benzynowe, ohydne przydrożne bary w których serwują wielkie steki i przesiąknięte nieświeżym olejem frytki. Zamykam oczy, wkładam do uszu słuchawki. Vega, Vega, Vega. Co to w ogóle za pomysł?
Nie wiem czy bardziej boję się spotkania z ojcem, czy też konfrontacji z Clare. Ona nigdy nie była dobra w robieniu przedstawień, dramatów, w obrażaniu się. Zawsze krzyczała najgłośniej, to fakt, czasami pan Garlicky przychodził nawet sprawdzić, czy kogoś nie mordujemy, ale przynajmniej mówiła o co jej chodzi. Ponad wszystko chciała po prostu rozwiązać problem.
To ja się obrażałem. Zamykałem w sobie. Wychodziłem, wsiadałem w samochód i jeździłem w tę i z powrotem Main Street albo Vega Boulevard. Czasami zatrzymywałem się na parkingu przed Boot Hill Saloon & Grill i piłem bezalkoholowe piwo, wielki buntownik trzęsący portkami w obawie przed złamaniem prawa, a potem zasypiałem, praktycznie przyklejony do szyby, wszystko po to, by tylko nie wracać za szybko.
Otwieram oczy. Nie wiem czy spałem. Nie mam pojęcia. Pat skręca i nagle naszym oczom ukazują się niebieskie i czerwone litery, starannie wypisane na, niegdyś jajecznie żółtej, teraz wyblakłej i skorodowanej blaszanej tablicy ustawionej na poboczu. VEGA WITA! Wymalowana obok twarz radosnej, czarnowłosej kobiety w stylu pin-up straszy zjedzonymi rdzą zębami i zamalowanymi przez jakiegoś dowcipnisia czarnym markerem oczami. Wykruszone zęby. Puste oczodoły. Vega wita.
Przejeżdżamy pod wiaduktem. Oto miasto zawieszone w czasie. Po lewej ta sama stacja benzynowa, na której kiedyś tankowałem przynajmniej raz w tygodniu. Czerwony blaszany dach, ściany pomalowane na biało. Trzy stanowiska, na tyłach pewnie jeszcze jest łazienka, w której raz strasznie wymiotowałem po jakiejś imprezie.
Skręcamy na skrzyżowaniu. Wyraźnie widzę siatkę prowizorycznie posklejanych przez służby drogowe pęknięć w asfalcie. To jedyne co się zmieniło, kiedyś było ich mniej.
Mijamy Dairy Queen, założoną w latach sześćdziesiątych restaurację przynoszącą zyski głównie dzięki zatrzymującym się w niej przejezdnym, podróżującym route 66 na zachód. Mijamy moją starą podstawówkę, mijamy dom w którym kiedyś mieszkali moi dziadkowie. W końcu mijamy też upadające osiedle jednopiętrowych drewnianych domków, przypominających pokryte białym nalotem czekoladki rozrzucone na zielonej posadzce. Za jak zwykle świetnie utrzymanym kościołem metodystów skręcamy w Hamilton Street.
Raz, liczę, dwa, trzy, cztery, pięć. Raz, dwa, trzy cztery, pięć. Mimowolnie wychylam się do przodu niczym zaciekawione dziecko. Na horyzoncie pojawia się teraz moja ulica. Mój rodzinny dom. Niski płotek, kilka drzew. Ścieżka wysypana grubym żwirem, miejsce moich wielkich sukcesów i jeszcze większych porażek gdy uczyłem się chodzić. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Ojciec i Clare stoją na progu.

Dopiero kiedy wysiadam z samochodu i mimo wszystko dziękuję Patowi za podróż uświadamiam sobie, że nie przywiozłem im żadnych prezentów. Mogłem kupić dla Clare jakieś dobre kosmetyki, pewnie używa tych najtańszych z promocji w Wal- Marcie. Butelkę dobrej whisky dla ojca. Może książkę. Albo jakąś nowinkę techniczną
Mam puste ręce i właśnie tymi pustymi rękoma ściskam jego kościste dłonie. Widzę, że jest chory. Cerę ma ziemistą, policzki zapadnięte. Nie okazuje mi ciepła, ale nie okazuje też gniewu czy żalu.
Clare trochę utyła. Coraz mniej przypomina szkolną piękność, którą kiedyś była, coraz bardziej upodabnia się do miliona innych teksańskich dziewczyn, zepsutych złą wodą i samotnością, zniszczonych, źle umalowanych, wściekłych na życie. Przytulam ją na powitanie, ale w moich ramionach jest jak kukła, zupełnie obojętna. Patrzę na nasz dom. W dachu brakuje dwóch dachówek i od razu kojarzy mi się to ze szczerbami. Ze szczerbami starego człowieka. Człowieka, który się rozpada.
Biorę bagaże i przestępuję próg. Dom pachnie kurzem i obiadem. Wieloma obiadami. Codziennie gotowanymi przez Clare wstrętnymi, tłustymi obiadami. Zielonym groszkiem, kotletami mielonymi, kalafiorem, ziemniakami w mundurkach, pieczonym kurczakiem, rozgotowaną kukurydzą. Od tego zapachu robi mi się słabo i gnam na górę w nadziei, że może mój pokój pachnie inaczej. Ale ta woń jest wszędzie. Pod kołdrą, w łazience, w zasłonach, w szufladach, w których kiedyś ukrywałem pornograficzne gazety i papierosy. Wchodzę do łazienki, spokojnie klękam na zimnych kafelkach i wymiotuję. Spuszczam wodę, wymiotuję jeszcze raz. Zrzucam ubrania i wchodzę pod prysznic. Woda jest zimna i przyjemna, przynajmniej tutaj ten zapach trochę słabnie. Wyobrażam sobie, jak kłębi się teraz w moich wnętrznościach. Jak wchodzi do serca, do żołądka, do płuc. Zje mnie od środka. Ten zapach, to miejsce. Wpierdoli mnie od środka.

Moja babcia nazywa się Hilda i ma osiemdziesiąt lat. Mieszka w Domku Na Wzgórzu, tuż przy wjeździe do Vegi.
W młodości babcia była gwiazdą kabaretu w Vegas, ale potem poznała mojego dziadka, bankiera z Massachusetts i obiecała sobie, że pojedzie z nim dokądkolwiek tylko zechce on ją zabrać. To były lata największej sławy drogi 66 i właśnie ją obrali sobie za cel. Wszystkie oszczędności wpakowali w ten dom, budowali go razem, cegła po cegle i belka po belce, wciąż planując, gdzie będzie jadalnia, gdzie pokoje dziecięce, gabinet dziadka i w końcu ich wielka, piękna sypialnia. W roku, w którym skończyli budowę urodziła się moja mama. Potem jej siostra, Margaret i ich najmłodszy brat, Paulie, którego wszyscy nazywamy Paulie’m-Pijakiem, chociaż od dwudziestu lat nie wypił kropli alkoholu. Jego przezwisko wzięło się stąd, że przez dziesięć lat studiów, podczas których co roku zmieniał kierunek, a i tak koniec końców żadnego z nich nie skończył, rok po roku w nieoficjalnych studenckich zawodach na najtwardszą głowę zdobywał pierwsze miejsce. Potem Paulie-Pijak poznał Pamelę, która zgodziła się zostać jego żoną pod warunkiem, że już nigdy nie sięgnie po butelkę. Więc Paulie-Pijak przestał pić i stał się Paulie’m-Palaczem, ale nikomu już nie chciało się zmieniać jego przezwiska.
Moja babcia, Paulie-Pijak, jego żona Pam, a także dwójka ich dzieci, Vanilla i Rod, mieszkają w Domku Na Wzgórzu, który tak naprawdę jest Wielką Chałupą na Małej Górce i bez trudu mieści ich wszystkich, a także najróżniejszych gości, na mamie i mnie poczynając a na ciotce Mildred i siedmiorgu jej wnucząt kończąc.
Dziadek nie żyje od piętnastu lat, zaś jego prochy stoją w zabytkowej urnie na szafce nad telewizorem i w chwilach wielkiej trwogi, na przykład w dniu ataku na WTC albo gdy moja mama oznajmiła, że ona i mój ojciec się rozwodzą, babcia z czułością głaszcze urnę, pociąga nosem i powiada: Dobrze, Williamie, że tego nie dożyłeś.
Rod ma dwadzieścia trzy lata i jest mechanikiem samochodowym. Siedemnastoletnia Vanilla marzy, by po skończeniu szkoły zostać modelką i wyjechać do Nowego Jorku, ale ja przypuszczam, że już niedługo zajdzie w ciążę ze swoim chłopakiem, Kitem i pozostanie w Vedze już na zawsze, niańcząc swoje dzieci, bo na jednym z pewnością nie przestaną.

Pod Domek Na Wzgórzu podjeżdżam koło piętnastej. Ciotka Pam buduje nowy skalniak na froncie. Paulie-Pijak, jak się potem dowiaduję, pojechał na pogrzeb przyjaciela do Santa Rosa. Babcia siedzi na niskim stołku na progu i obiera kurczaka z piór. Rod jest w pracy, a Vanilla u Kita. Pewnie pracują nad pierwszym potomkiem, myślę, ale nie wypowiadam tego na głos.
Kiedy oznajmiam, że już nie studiuję, siedzimy we trzy w kuchni. Babcia maceruje mięso, ciotka Pam wydłubuje sobie ziemię spod paznokci, a ja czuję spokój i zaczynam być głodna.
- Czy masz zamiar jeszcze kiedyś coś studiować? – pyta babcia, wklepując w pomarszczoną kurzą skórę kolejną porcję ziół.
- Tak – mówię – Ale na pewno nie w Kalifornii i nie literaturę. Może pójdę na psychologię na uniwersytet bostoński – i odnajdę właściciela kurtki, która leży właśnie na tylnim siedzeniu w moim samochodzie – Albo gdzieś bliżej. Może na historię sztuki.
- Z twoimi wynikami dostaniesz się wszędzie – mówi ciotka Pam, stukając paznokciami w blat. Faktycznie miałam dobre wyniki; dziewięćdziesiąt osiem procent z angielskiego, dziewięćdziesiąt sześć z francuskiego, dziewięćdziesiąt trzy z historii i dziewięćdziesiąt pięć z historii literatury. Tylko algebrę napisałam na czterdzieści siedem, ale nikt na to nie patrzył.
- Na razie będę pracować i zdobędę sławę – mówię pół żartem, nachylając się, by pocałować babcię w czoło.
Ciotka Pam ma tylko maturę, babcia ledwie skończyła podstawówkę, ale za to wywijała nogami najlepiej w całym Vegas. Nikt nie mówi o odpowiedzialności, nikt nie głaszcze prochów dziadka. Czuję się tu jak najbardziej na miejscu. Jak najbardziej na swoim miejscu.

HAPPY HOURS LONELY YEARS.

piątek, 27.sierpnia.2010, 02:07
Skok do basenu. To uczucie, kiedy skacze się do basenu.
W jednej chwili stoisz na brzegu. Woda jest czysta i gładka. Jakieś dwa czy trzy metry pod sobą widzisz dno, falujący niezdrowy seledyn. Słońce jest jasne i ogrzewa Ci ramiona, może nawet wiatr targa Twoje włosy. Parę metrów dalej na leżaku stara diwa sączy drinka przez różową słomkę. Kilku mężczyzn przygląda Ci się z zainteresowaniem. Jakieś dzieci, zbyt niewinne by gapić się na Twoje sterczące sutki albo tyłek, okryty jedynie skrawkiem bikini, bawią się pod dużym parasolem.
Robisz trzy kroki w tył. Potem jeszcze jeden. Ratownik siedzi na krzesełku po drugiej stronie basenu i chyba się nudzi. Może powinnaś zacząć się topić? Może właśnie tego by chciał.
Bierzesz głęboki wdech. Patrzysz w górę. Słońce. Łzawią Ci oczy. Błękit faluje coraz bardziej. Czujesz chlor albo własne emocje. Albo nie czujesz niczego.
W następnej chwili skaczesz. Zawsze kochałam ten ułamek sekundy, w którym nagle docierało do mnie, że jestem zniszczalna. Że jeśli dno jest jednak bliżej, niż napisano przy basenie, jeśli woda jest zbyt zimna, albo jeśli wrze, jeśli coś mi się pomyli, po prostu mi się pomyli i nabiorę wody w płuca, to przestanę istnieć. Przestanę istnieć i nie będzie już niczego.
Wszyscy ludzie jakich znałam nie widzieli w tym nic niezwykłego. Umrzesz to umrzesz, nie umrzesz, to będziesz żyła. Skok do basenu nie jest niczym nadzwyczajnym, Alabamo White, równie dobrze możesz wyjść po bułki, papierosy i Red Bulla i dostać w głowę dachówką albo zatruć się oparami z lakieru do paznokci i udusić się własnymi wymiocinami.
Ale skok do basenu zawsze był czymś mistycznym. Zbyt często powtarzany tracił magię i musiało minąć trochę czasu zanim z powrotem ją odzyskiwał.
Kochałam to zawieszenie, już nie na brzegu, a jeszcze nie w wodzie. Tą chwilę, która zapierała mi dech w piersiach. W której nie mogłam się zatrzymać.
Choćbym bardzo chciała.

Kiedy jej mówię, matka jest nadzwyczaj spokojna. Nie krzyczy i nie rzuca jedzeniem, nie nazywa mnie nieodpowiedzialną ani niewdzięczną. Siedzi na wysokim stołku i kroi warzywa.
Wolałabym, żeby dźgnęła mnie kuchennym nożem, ale ona milczy. Potem patrzy na mnie chwilę i kiwa głową. „To Twoje życie, Alabama”, mówi na koniec, a ja zaczynam płakać i uciekam do swojego pokoju. Nawet trzaskam drzwiami, zupełnie jak jakaś rozhisteryzowana nastolatka, której zabroniono iść na imprezę, prawdziwą imprezę z prawdziwymi chłopcami w pilotkach, prawdziwym piwem i prawdziwymi dziewczynami w porwanych kabaretkach.
Czuję się jakbym znów miała siedem lat, wypełnia mnie dziecięca bezsilność i dziecięcy żal. Ale jestem prawie trzynaście lat starsza i, przynajmniej formalnie, dorosła. Gdybym mogła zrezygnować z jakiejkolwiek rzeczy w życiu, to zdecydowanie byłaby to możliwość ponoszenia odpowiedzialności za własne czyny.
Schodzę na dół dopiero na kolację. Wcześniej siedzę na łóżku, siedzę w szafie, siedzę na parapecie i płaczę. Mój pokój wygląda jak zawsze, duży i ciemny, czarne ściany, biały sufit, duże okno, małżeńskie łoże w kutej ramie. Plakaty zespołów, których nikt nie zna, książki na półkach. Burdel i syf, w którym nie mogę znaleźć sobie miejsca.
Kiedy w końcu ośmielam się usiąść z mamą przy stole najpierw wysłuchuję klasycznej mowy o tym, że mam już prawie dwadzieścia lat i muszę się nauczyć odpowiedzialności. „Miałabyś kiedyś do mnie żal, Bambi, gdybym podjęła tą decyzję za ciebie”. Gówno mnie obchodzi moja decyzja, po prostu chcę, żeby przestała używać tego idiotycznego zdrobnienia. Z drugiej jednak strony skoro go używa nie może być bardzo zła.
W chwilach najgorszej wściekłości nazywa mnie zazwyczaj pełnym imieniem i nazwiskiem. Słyszy je wtedy cała ulica, na wypadek gdyby zapomnieli kto mieszka na Arthur Street.
Więc najpierw przeżywam przemówienie singnory White a potem opowiadam o tym, że i tak nienawidziłam mojego wydziału, kolegów i wykładowców, a na koniec padamy sobie w ramiona, oglądamy powtórkę reality show o anorektyczkach w ciąży i idziemy spać.
Dziwnie mi się leży we własnym łóżku ze świadomością, że teraz mogę w nim spać już do końca życia, nic mnie nie ogranicza i nic nade mną nie wisi. Jest końcówka roku uniwersyteckiego, nie przerwa świąteczna czy wakacje, a ja jestem absolutnie wolnym człowiekiem i mogę zrobić co tylko zechcę. Do czasu, oczywiście, potem zatrudnię się jako nauczycielka w miejscowej podstawówce, albo zacznę błagać pana Changa, właściciela kawiarni w której pracowałam kiedyś w wakacje i z której odeszłam w atmosferze skandalu, trzaskając drzwiami i rozsypując kawę na podłodze, żeby przyjął mnie z powrotem. Ale na razie nic mnie nie ogranicza. Nie śpieszę się na wykłady i nie muszę się pojawiać na żadnej imprezie tylko dlatego, że wypada, albo dlatego, że już obiecałam gospodarzom, których nienawidzę, ale którym chcę sprawić przyjemność.
Wstaję wcześnie i, dochodząc do wniosku, że duszę się w Amarillo, upycham w wytartej czarnej torbie kilka par majtek, trzy podkoszulki i jedne dżinsy na zmianę. Pomiędzy nie wciskam komórkę, ładowarkę do iPoda, szczoteczkę do zębów i czarną kredkę do oczu (próbowałam malować się wypalonymi zapałkami, ale tak potwornie podrażniłam wtedy oczy, że przez dwa dni nie wychodziłam z łóżka a potem moja przymilna współlokatorka Jill musiała prowadzić mnie na wykłady jak niewidomą) oraz jakąś książkę (na razie średnio mnie obchodzi czy to Dylan, czy raczej Whitman).
Przewiązuję włosy czerwoną bandaną, przerzucam przez ramię kurtkę jakiegoś przedstawiciela drużyny footbolowej uniwersytetu bostońskiego, którą mój pierwszy i ostatni chłopak, Mikey, dał mi na dziewiętnaste urodziny i zakładam trampki. Czuję się wspaniale i bardzo filmowo, ale zaraz uświadamiam sobie, że skończyły mi się papierosy i zaczynam się denerwować
Mama siedzi na werandzie i czyta jakiś manuskrypt. Pracuje w lokalnym wydawnictwie i zajmuje się redagowaniem prac nadesłanych przez początkujących autorów. W większości przypadków te prace to straszny chłam, ale płacą jej stosunkowo dobrze, więc nie narzeka.
Wsiadam do samochodu. Lubię sobie wyobrażać, że to idealnie odrestaurowany Chevrolet Impala z 1967 albo przynajmniej Porsche 550 Spyder, chociaż podejrzewam, że, o ile nie jest się Jamesem Deanem na kilka godzin przed śmiercią, wygląda się w nim raczej dość idiotycznie.
- Hej, Bambi, mam nadzieje, że kiedyś będą ci za to płacić! – woła z werandy mama, kiedy wyjeżdżam już z podjazdu.
- Za co?
- Za bycie Alabamą White! – odpowiada i słowa te brzmią mi w uszach kiedy jadę Wichita Avenue, wyjeżdżam na Amarillo Boulevard, a także, gdy docieram do drogi 385 i kieruję się prosto na Vegę.

Ronald Avery wyraża wielkie współczucie i okazuje ogromną wyrozumiałość. Grzecznie odmawia udzielenia mi dłuższego urlopu, co jest zupełnie uzasadnione, bo przecież mamy czerwiec, okres wszelakich napięć przedwakacyjnych i mnóstwo niedokończonych kontraktów, ale proponuje mi przelot jego prywatnym samolotem prosto do Amarillo, a potem eskortę do Vegi.
- Będziesz latał do domu na piątki i weekendy, a na pozostałe dni wracał do firmy. Nie mogę rozwiązać tego w inny sposób, bo jesteś moim najlepszym pracownikiem, James. Znalezienie dla ciebie odpowiedniego zastępstwa zajęłoby nam dużo czasu i wiązałoby się ze znaczącymi stratami dla firmy, więc nie mogę ci tak po prostu pozwolić zniknąć. Ale zrobię wszystko, by tylko odciążyć cię w tej tragicznej sytuacji. Jeśli twój ojciec potrzebuje specjalistycznego leczenia, a zapewne tak jest, uwierz, że poruszę niebo i ziemię, by wam pomóc. Jedź do domu, odpocznij, uspokój siostrę. Jutro z samego rana przyślę po ciebie kierowcę.
Wychodzę z budynku i łapię taksówkę. Bardzo chciałbym się rozpłakać i czuć, jak całe to napięcie opada, ale nie jestem w stanie. Płacę kierowcy dziesięć dolarów za dużo, uśmiecham się do portiera i wjeżdżam windą na swoje piętro.
Wszystko dzieje się za szybko, powtarzam sobie w myślach pakując walizkę. Wcale nie chcę tam jechać, ale Ronaldowi Avery’emu nie wolno odmawiać, szczególnie, jeśli oferuje Ci darmowy przelot jego prywatnym samolotem i szereg innych przywilejów. Dzwonię do Clare i słyszę radość w jej głosie, kiedy oznajmiam, że będę najszybciej jak się da.
O szóstej rano schodzę na dół, ciągnąc za sobą dwie walizki – większą z prywatnymi rzeczami i mniejszą – z laptopem i dokumentami, nad którymi planuję pracować w drodze.
Stewardessy na pokładzie samolotu Ronalda Avery’ego są uprzejme i zalotne, kokietują zarówno mnie jak i siebie nawzajem. Nie zwracam na nie uwagi, układam się na tyle wygodnie na ile pozwalają mi siedzenia oraz mój zaprasowany w kancik garnitur. Nie śpię. Znów nie śpię. Czuję się jak obcy człowiek w obcej skórze w obcym ubraniu w obcym miejscu. Wszystko mnie drażni i denerwuje, moje własne dłonie, zęby, własna ślina. Skupiam się na pracy, to jedyne co mi wychodzi. Nie mogę na siebie patrzeć, ale bez trudu sprawdzam i poprawiam kolejne dokumenty, kolejne kontrakty, kolejne umowy.

...
a jak nie macie czego czytać, a nawet jak macie, to gazem na www.listy-donikad.mylog.pl, bo ta dziewczyna ma talent i tak dalej, a ja mam rację, więc wiecie.

LONG WAY TO AMARILLO.

piątek, 20.sierpnia.2010, 16:33

Byłem kiedyś ambitny. Mało tego, byłem zażarty. Wręcz agresywny. Chciałem zdobyć wszystko, wszystkie zaszczytne tytuły i wszystkie pieniądze świata. I, oczywiście, całą dostępną wiedzę.
Oprócz tego chciałem się też podobać. Chciałem, by ulegały mi wszystkie dziewczyny świata, a wszyscy faceci patrzyli na mnie z podziwem i zazdrością.
Pragnąłem sławy, piękna i bogactwa. Całej sławy, całego piękna i całego bogactwa tej ziemi. I, jeśli byłoby to możliwe, całego wszechświata. Chciałem Nowego Jorku, Paryża, Londynu, Moskwy. Brylantów, złota, srebra, a nawet miedzi. Nie pragnąłem tylko rzeczy najbardziej wartościowych. Oczywiście, luksus podobał mi się bardziej niż bieda, ale to nie przeszkadzało mi pragnąć WSZYSTKIEGO. Diamentów i plastiku. Brokatu i kurzu. Każdej rzeczy jaka kiedykolwiek powstała i każdej, jaka miała powstać.
Miałem obsesję. Ciężką, wciąż pchającą mnie do przodu obsesję. Nie mogłem spać i nie mogłem oddychać jeśli każdego dnia nie posiadłem czegoś nowego. Nie było mnie stać na siedemdziesiąt procent rzeczy o których marzyłem, a miałem wielkie marzenia, więc zadowalałem się tym, co było w zasięgu moich możliwości. Nie czułem bólu z powodu niemożności posiadania najlepszych samochodów i willi w każdym zakątku świata, bo wiedziałem, że kiedyś, już niedługo, ją posiądę.
Pochłaniałem wszelką wiedzę. Byłem najlepszy w liceum, a potem najlepszy na całym roku. Jakimś cudem udawało mi się również wieść bujne życie towarzyskie.
Miałem każdą dziewczynę, której chciałem; wysokie, niskie, chude, krągłe, piękne, szalenie inteligentne, blondynki, brunetki, rude. Nawet jedną, która w ramach jakiegoś protestu (przeciwko czemu? Nie pamiętam) ogoliła głowę na łyso. Miałbym też wszystkich chłopców, gdybym tylko zechciał.
Kładłem się spać z myślą, że jutro, pojutrze i każdy następny dzień do końca świata będzie należał do mnie. Nie przyjmowałem do świadomości myśli o śmiertelności. Byłem wdzięczny losowi, że urodziłem się pięknym geniuszem i że udało mi się wyrwać z tej dziury, w której matka wydała mnie na świat. Wstawałem rano, wyglądałem przez okno na akademicki dziedziniec, przeciągałem się i zapalałem papierosa, którego dym wydawał mi się zawsze słodki jak truskawki.
Miałem dwadzieścia lat, chciałem sprawić, że świat stanie w płomieniach.

W sali konferencyjnej w głównej siedzibie Avery & Stein Corporation unosi się ciężki zapach kawy i tuszu do drukarek. Jako jeden z czternastu wybitnych ekonomistów i prawników (akurat w roli prawnika, chociaż z obydwu kierunków zrobiłem doktoraty), absolwentów Browne’a, Yale i Harvardu (akurat Yale, chociaż pozostałe dwa autentycznie się o mnie biły) siedzę przy owalnym stole, u którego szczytu stoi starszy mężczyzna o surowych rysach i mądrych, chłodnych oczach.
To sam Ronald Avery, geniusz handlu, wiecznie spokojny i pachnący szarym mydłem. Od pięciu lat jestem jego prawą ręką.
Narada trwa trzecią godzinę. Bez przerwy na kawę, papierosa, telefon do żony („wybacz kochanie, znów spóźnię się na kolację. Wiem, że obiecałem. Przepraszam.”).
Odbyłem już obowiązkowe, comiesięczne wystąpienie przed resztą kolegów – piętnaście minut na podsumowanie poprzedniego miesiąca pracy i piętnaście na przedstawienie planu na następny, teraz przeglądam kontrakty, dostarczone mi z samego rana przez Eddiego, jednego z moich dwóch prywatnych asystentów i czekam. Ostatnio zawsze na coś czekam. Na wzmocnione cappuccino, telefon od Ronalda, taksówkę, noc. Noc bez snów.
Jeszcze jakaś godzina, na pewno nie więcej niż dwie i będę mógł wrócić do domu. Na razie jednym uchem wpuszczam, a drugim wypuszczam treść wywodów przemawiającej akurat Meryl – niskiej i krępej blondynki pod czterdziestkę, potwornie nudnej, ale bardzo dokładnej specjalistki zajmującej się długoterminowymi przewidywaniami handlowymi. Chcę już pójść do domu, po całym tygodniu pracy i po kilku praktycznie nieprzespanych nocach (boję się zasypiać, sny zawsze wracają, zawsze wracają, zawsze wracają), zasłonić żaluzje i upić się, albo wypalić skręta, żeby łatwiej zasnąć. Spróbować zasnąć.
Dokładnie w chwili, w której tłumię serdeczne ziewnięcie, czuję wibrowanie telefonu. Wyciągam go z kieszeni i dyskretnie rzucam okiem na wyświetlacz (wzajemny szacunek – nie przeszkadzaj, kiedy inni mówią, przynajmniej udawaj, że słuchasz, nawet jeśli są nudni jak flaki z olejem – złota zasada, jedna z tych, dzięki którym siedzę teraz w Avery & Stein i zarabiam prawie czterdzieści tysięcy dolarów miesięcznie) i już chcę nacisnąć przycisk z czerwoną słuchawką, kiedy na wyświetlaczu pojawia się pięć liter, które każą mi pierwszy raz w życiu wyjść z narady.
CLARE. Clare, Clare, Clare, moja siostra Clare.
Zamykam za sobą drzwi i biorę głęboki wdech. Moje płuca rozciągają się jak dwa balony. Jeden jest fioletowy, drugi srebrny, mogę się o to założyć.
- Halo?
- Cześć, Jimmy – słyszę jej głos po drugiej stronie słuchawki. Nie rozmawiałem z nią od czterech lat, od momentu, w którym raz na zawsze odciąłem się od swojego ojca, a więc także od Clare i od ich pomalowanego na biało domu w Vedze, w samym sercu Teksasu.
- Cześć, Clare – przeczesuję włosy momentalnie lodowatą dłonią. Wypowiadam słowa automatycznie, wyłączam myślenie – Coś się stało?
- Tak – mówi Clare. To logiczne, w innym wypadku w ogóle by nie dzwoniła. Ale dzwoni. Ma matowy, zmęczony głos z lekką chrypką. Pewnie od płaczu. Robi mi się słabo, czuję zawrót głowy. Ten telefon może oznaczać tylko jedno.
- Coś się stało ojcu, prawda? Clare? – pytam i orientuję się, że głos mi drży. Tak samo jak dłonie. I kolana.
- Jimmy, usiądź.
Posłusznie siadam. Poniekąd dlatego, że kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Vedze jak normalna rodzina, rodzice wiecznie wpajali mi żebym słuchał starszej siostry (co z tego, że Clare jest starsza tylko o trzy minuty, w dzieciństwie zawsze była spokojniejsza i bardziej zrównoważona), a poniekąd, ponieważ nogi nagle odmawiają mi posłuszeństwa. Zsuwam się w dół, oparty plecami o drzwi i siadam po turecku, tępo wpatrując się w ścianę naprzeciwko. Nienawidzę pogrzebów. Jeśli ojciec nie żyje, to będę musiał pojechać do domu przynajmniej na tydzień, skrzyknąć rodzinę, zorganizować to wszystko, może nawet wygłosić mowę. „Mój ojciec był wspaniałym człowiekiem…”
- Siedzę.
- Ojciec miał wylew. Nie bardzo poważny, jest już w domu – więc żyje. Zaciskam powieki – Ale przy okazji tego wylewu… Zrobili mu też inne badania.
- I co?
- Ojciec ma raka, Jimmy. Płuc. Z przerzutami na chyba wszystko, co możliwe.
Krew napływa mi do mózgu w takim tempie, że z trudem łapię powietrze. Przełykam ciężko i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że moja głowa zrobiona jest z ołowiu. Opieram ją więc o ścianę i po prostu tak siedzę.
- Jim? Jesteś tam?
- Tak – mówię, chociaż w zasadzie nie ma mnie ani „tam”, ani też „tutaj”. Wydaje mi się, że zniknąłem. Albo, że istnieję bardziej niż kiedykolwiek, ale bez otaczającego mnie świata. Że za drzwiami, o które się opieram, nie toczy się żadne spotkanie. Że na parterze biurowa nie podają lunchu, że nie ma żadnej przestrzeni po drugiej stronie telefonu, więc nie ma Clare i ojca i Vegi i naszego białego domu. Że wszystko nagle się rozpada. Podoba mi się to wrażenie.
- Dobrze. Przyjedziesz? Lekarze mówią…
- Chryste, Clare – teraz słyszę jej głos i uświadamiam sobie, że świat nadal istnieje, że w restauracji na dole kroją karczochy, taksówki podjeżdżają na postój i zabierają kolejnych pasażerów, a pan Avery właśnie podsumowuje spotkanie i ogarnia mnie nagła i prawdopodobnie nie mająca żadnego rozsądnego uzasadnienia wściekłość. Na ojca, który palił od siedemnastego roku życia po czterdzieści papierosów dziennie i na Clare, na tyle bezczelną by dzwonić do mnie na prywatny telefon, chociaż wie, że pracuję. Musi wiedzieć, skoro wysyłam im sporą sumę pieniędzy każdego cholernego miesiąca.– Jestem w pracy. Zadzwonię, jak tylko skończę, dobrze?
- Tak, Jimmy. Ale zadzwoń, dobrze? Ojciec bardzo by chciał, żebyś przyjechał. Lekarze mówią, Jim, lekarze mówią, że zostało mu nie więcej niż dwa miesiące życia i…
Rozłączam się. Po prostu się rozłączam i z pewnym trudem staję z powrotem na nogi. Otrzepuję spodnie, przygładzam włosy.
Muszę wracać do pracy.
Muszę. Wracać. Do pracy.

Właśnie rzuciłam studia. Spokojnie prowadzę swój samochód, starego błękitnego mercedesa, który pamięta jeszcze czasy świetności prawdziwego rock and rolla. Oddycham głęboko. Mamy czerwiec, termometry pokazują trzydzieści siedem stopni, na horyzoncie zbierają się burzowe chmury. Jeszcze tylko czterdzieści mil do Amarillo, mojego rodzinnego miasta. Czterdzieści mil do domu. Do spotkania z matką, która nic nie wie. Zabije mnie, mam tego świadomość. Właśnie rzuciłam studia.
Na siedzeniu dla pasażera leży mapa, iPod, dwie zgniecione torebki The Great American Babel i pusta puszka po Cherry Coke. Z radia sączy się jakaś jękliwa melodia.
Trzy dni temu przecięłam swoją legitymację studencką, moje nazwisko przestało figurować na liście studentów drugiego roku na wydziale literatury uniwersytetu kalifornijskiego, spakowałam manatki i ruszyłam w trasę.
Chryste, chrzanię ich wszystkich. Serdecznie ich chrzanię.
Zaciągam się papierosem i wyrzucam go przez okno. Droga jest gładka i szeroka. Chcę się umyć i porządnie wyspać.
Chmury są coraz cięższe, wracam do domu.